sobota, 31 grudnia 2016

HELLO! Special #2 "HELLO! Sylwester"

Kolejny rok za nami. Podobno najgorszy w historii wszechświata. Podobno też upić się warto, a tym bardziej kiedy jest gorzej, niż mogło się wydawać. Tym bardziej zapraszamy na nasz Sylwestrowy Bal, gdzie będziemy tańczyć i żegnać mijający rok 2016, fatalny właśnie dla świata muzyki...

www.ukmix.org

Zacznę od swojej ulubionej piosenki tego roku (przynajmniej według Spotify), a tym utworem jest „Dynamite” autorstwa Adore Delano, znanej już na całym świecie drag queen, która występowała w American Idol oraz RuPaul’s Drag Race, gdzie właśnie zdobyła największą popularność. „Dynamite” to unikatowe połączenie eterycznego r&b, latynoskiego pazura i mięsistego popu. Idealny kawałek na rozgrzanie towarzystwa zgromadzonego na imprezie. 

Utwory Marty T.

Chris Norman & Suzi Quatro „Stumblin' In”
To idealna piosenka na rozpoczęcie imprezy. Kiedy na parkiecie pojawiają się pierwsze odważne pary, a reszta osób nie potrafi powstrzymać się od delikatnego choćby podrygiwania w rytm muzyki, przy której po prostu nie można siedzieć spokojnie.


Gilda „No me Arrepiento de este Amor”
Latynoskie rytmy, wskazane na Sylwestra. Każdemu komu znudził się tradycyjny „pociąg” do znanego utworu disco-polo, ta propozycja przypadnie do gustu.


Akcent „Królowa Nocy”
Prawdziwa szalona impreza nie może odbyć się bez dobrego disco. Wybór padł na „Królową nocy”, gdyż każda z Pań w te wyjątkową i ostatnią noc w roku pragnie poczuć się jak królowa, a kto wie, może to ją o północy wyhaczy jakiś Zenon.


Krzysztof Krawczyk „Za Tobą Pójdę Jak Na Bal”
Jak Sylwester to na pewno nie może zabraknąć na nim Pana Krzysztofa. Myślę, że za NIM każdy pójdzie jak na bal!


Bill Medley & Jennifer Warnes „(I’ve Had) The Time Of My Life”
Lata 80 kojarzą się mi z nieustającymi imprezami, wiec myślę, ze wybór tego utworu jest jak najbardziej trafiony. Nie dość, że jest to jedna z moich ulubionych piosenek, to jeszcze powstała do jednego z najbardziej bliskich mi filmów, czyli „Dirty Dancing”. 


Utwory Marty P.

Fergie „A Little Party Never Killed Nobody”
Obowiązkowa piosenka na imprezie sylwestrowej! Bo przecież odrobina szaleństwa i dobrej zabawy jeszcze nikomu nie zaszkodziła.


Happysad „Zanim Pójdę”
Oczywiście musiał się też znaleźć na mojej liście Happysad, a ta piosenka świetnie sprawdza się podczas szalonego karaoke tuż po północy. 


Taco Hemingway „Następna Stacja”
Taco to może nie jest  tradycyjny wybór na sylwestrową domówkę, ale skoro wspomina litr wina i pół wódki to jak najbardziej jesteśmy na tak.


Organek „Mississippi W Ogniu”
I na koniec Organek! Nie mogłam się powstrzymać i z całą pewnością jego piosenki będą często gościły na playliście 31 grudnia. Koncert Organka był wspaniałym wstępem do początku zabawy sylwestrowej, a „Mississippi W Ogniu” to genialny utwór.


Utwory Anety

Orishas „Represent Cuba”
Kuba, gorąca salsa i Diego Luna – to wszystko przy dźwięku Orishas. Tak – „Dirty Dancing 2” to mój ulubiony film, który miał duży wpływ na wybór mojego hobby. Moi drodzy-  wsłuchajcie się w „Represent Cuba” i dajcie się ponieść gorącym rytmom.



Don Omar „Danza Kuduro”
Pozostańmy w rytmach południowych. Danza Kuduro możemy znać m.in. z filmu „Szybcy I Wściekli”. Niech podniesie rękę ten, kto raz choćby nie poruszał biodrami przy tej piosence. Hitu Don Omara nie może zabraknąć na naszej imprezie!


              Europe „The Final Countdown”
5…4…3…2…1….2017! a co przy odliczaniu? Oczywiście „The Final Countdown”! Grupa Europe nagrywając ten hit chyba nie przypuszczała, że stanie się on obowiązkowym punktem sylwestrowej nocy!


              Soya  „You And Me”
Coś do „wolnego” przytulańca o po północy z ukochaną osobą. Połączenie reggae i soulu zdecydowanie sprzyja chilloutowi po Sylwestrowym szaleństwie.


Czasami się zdarza, że niektóre piosenki podobają się wielu osobom, tak jak utwór zespołu Queen „Don’t Stop Me Now”. Marta mówi tak: „Trochę lat 70. i oczywiście Queen, bo razem z nimi chcemy się dobrze bawić”, a Aneta na to „I’m having such a good time! Więc nie zatrzymujcie zabawy ;)”. I nie będziemy się zatrzymywać. Dlatego życzymy Wam, naszym czytelnikom, wszystkiego najlepszego w nadchodzącym roku 2017. Do zobaczenia już za rok!




czwartek, 22 grudnia 2016

HELLO! Film #2 "Merry Christmas Kevin!"

Świąteczny czas kojarzy się nam z karpiem, choinką i kolędami. Do tych tradycji należy dołączyć również film „Kevin sam w domu”. Kto wyobraża sobie Święta bez Kevina?

moviefone.com
Zekranizowany w 1990 roku film opowiada o Rodzinie McCallisterów, która zamierza spędzić Święta Bożego Narodzenia we Francji. W dzień wyjazdu przez duże zamieszanie niemal spóźniają się na samolot. Zapominają ze sobą zabrać jednego z synów - Kevina (Macaulay Culkin). Ośmioletni chłopiec zostaje sam w domu, od tej pory musi sam sobie radzić ze wszystkim, w czym do tej pory wyręczali go rodzice, począwszy od codziennych obowiązków domowych do walki z dwoma włamywaczami (Joe Pesci, Daniel Stern), którzy tylko czyhają, by okraść dom McCallisterów. W polskiej Świątecznej ramówce „Kevin sam w domu” pojawił się w latach 90’, bawiąc od tego momentu miliony polskich rodzin. Chyba nie ma osoby, która nie wie kim jest Kevin i nie zna jego przygód. Nie wyobrażamy sobie bez niego Świąt, mimo, że wszystkie dialogi moglibyśmy powiedzieć z pamięci. Na Facebooku powstał fanpage filmu, nota bene liczący już ponad 33 tysiące lajków, na którym możemy m.in. zapoznać się z tegoroczną ramówką. Według niej Kevina możemy ujrzeć w Wigilię i I dzień Świąt, a II część czyli „Kevin w Nowym Jorku” w II dzień Świąt oraz w Sylwestra. Fanpage znajdziecie TUTAJ.

Warto wspomnieć, że w filmie „Kevin w Nowym Jorku” epizod zagrał obecny prezydent Stanów Zjednoczonych – Donald Trump. Z ciekawostek - jeżeli chcielibyście zareklamować się w przerwie filmu to za 30-sekundowy spot zapłacilibyście prawie 100.000 złotych! Jest to najdroższa pozycja Polsatu w wigilijny wieczór. Nic dziwnego – w 2015 roku mimo, że film kończył 15 lat, oglądało go ponad 4 miliony widzów. Kevin łączy pokolenia i zdecydowanie wpisuje się w tradycje Świąt. A czy Wy usiądziecie po kolacji wigilijnej przed telewizorem i włączycie ten film?

sobota, 10 grudnia 2016

HELLO! Muzyka #3 "Gdyby Gaga miała córkę"

UWAGA! Teledyski znajdujące się pod linkami w teksie są przeznaczone raczej dla dorosłych. Jeśli jesteś niepełnoletni lub wrażliwy na jakiekolwiek przejawy wulgarności lub golizny, radzę ich nie oglądać. Zapraszam do wnikliwego czytania.

Kilka lat temu na antenie stacji muzycznej VIVA, Krzysztof Skiba wypowiadał się na temat Lady Gagi oraz jej sławetnej mięsnej sukienki. Parafrazując jego słowa, wspomniał, że dopiero ktoś po niej może rzeczywiście zaszokować światową opinię publiczną. Jasnym było, że jest to raczej sarkastyczny komentarz ze strony Pana Skiby, jednak po tych kilku latach słowo stało się ciałem i nazywa się Brooke Candy. Oto krótki opis twórczości byłej tancerki egzotycznej, która zapragnęła stać się najprawdziwszą gwiazdą muzyki.  

Wszystko zaczęło się od teledysku pewnej niszowej artystki o pseudonimie Grimes do piosenki pod tytułem „Genesis”, w którym Candy miała przyjemność wystąpić u boku wspomnianej wokalistki. Co mogło w niej najbardziej intrygować to nie tylko intensywnie różowe warkoczyki, bardzo wyrazisty makijaż, czy buty na naprawdę grubej słoninie (ci co wiedzą o co chodzi, gratuluję wiedzy dotyczącej mody PRL’u) ale również jej skąpy metaliczny strój, który jak twierdzi sama Brooke, jest inspirowany kulturą superbohaterów.

pinterest.com

Po udanym występie w teledysku Grimes, przyszedł czas na swoją autorski utwór pod tytułem „Das Me”. Sama piosenka oraz teledysk charakteryzowała się iście groteskową obscenicznością oraz wulgarnością. W kółko powtarzanie słowa „dziwka”, alkohol, dziwne białe tabletki na języku wokalistki i jednej z tancerek, szampan pity prosto z butelki, falujące pośladki w koronkowej bieliźnie i ogólny brak gustu oraz jakichkolwiek zahamowań, to są cechy charakterystyczne tego klipu. (możecie go zobaczyć klikając na tytuł piosenki, tak całą resztę teledysków związanych z dzisiejszą bohaterką) Miesiąc później Brooke Candy wystąpiła gościnnie, nie tylko jako bohaterka muzycznego klipu w piosence Charli XCX pod tytułem „Cloud Aura” lub „Cloud”. Z czasem liczba utworów Brooke Candy zaczęła się powiększać, a ich przykładowe tytuły to „I Wanna Fuck Right Now”, „Pussy Makes The Rules”, czy „Everybody Does” do którego teledysk powstawał przy współpracy z magazynem DAZED.

Jednak zdecydowanie większy szok może wywołać teledysk do pierwszego w pełni oficjalnego singla powstałego pod marką wytwórni RCA Records pod tytułem „Opulence”. Teledysk powstał dzięki znanemu nowojorskiemu fotografowi, Steven’owi Klein’owi, który współpracował dotychczas między innymi z Madonną, czy Lady Gagą właśnie. Piosenka była też zapowiedzią epki Candy pod tym samym tytułem. Album został wydany 6 maja 2014 roku i zawierał kolejne cztery utwory, „Pop Rock”, „Bed Squeak”, „Free Yourself (Alcohol)", do którego powstał mini teledysk we współpracy z magazynem ‘W’ oraz „Godzillionaire”

i-d.vice.com/pl/
Obecnie Candy pracuje wraz Sią (tak, z tą Sią) nad swoim pierwszym albumem, który zwiastuje już ponad cztery utwory, które również doczekały się swoich zobrazowań, a są to kolejno „Happy Days”, „Changes” (przy współpracy z MAC Cosmetics), „Nasty” oraz „Paper Or Plastic”.

Jak widać, Brooke Candy to chyba jedyna tak wulgarna i obsceniczna piosenkarka/raperka XXI wieku i z całą pewnością jeszcze nie jednym wcieleniem nas zaskoczy, od tego iście anielskiego, po ten prosto z burdelu rodem. 


wtorek, 6 grudnia 2016

HELLO! Special #1 "Filmowe mikołajki"

Dziś 6 grudnia, Mikołajki. W tym dniu, zgodnie z tradycją, obdarowujemy się z najbliższymi upominkami. Można powiedzieć, że z dobrymi prezentami jest tak jak z dobrymi filmami – na długo zostają w naszej pamięci. Dlatego też chcemy dziś podarować  Wam prezent – kilka dobrych filmowych tytułów, do których chętnie wracamy. Może wrócicie do nich i Wy?


Christian wybrał trzy całkowicie różne od siebie tytuły. To „Gdzie jest Nemo”, „Zróbmy sobie wnuka” oraz „Polskie Gówno”. Jak sam pisze „Gdzie jest Nemo?” „to prawdopodobnie pierwszy film jaki kiedykolwiek miałem przyjemność obejrzeć. Darzę go szczególnym sentymentem, bo nie tylko jest zabawną opowieścią, nawet dla dorosłych, ale też w jego oryginalnej, angielskiej wersji głosu mojej ulubienicy Dory użyczyła sławna Ellen DeGeneres, którą kocham za jej jedyną w swoim rodzaju osobowość.”.

Niekiedy na dobry film możemy trafić całkiem przypadkiem, kiedy od niechcenia przerzucamy telewizyjne kanały. Tak było w przypadku Christiana z „Zróbmy sobie wnuka” „Niedziela. Nie ma nic innego w telewizji. Oglądam zupełnie przypadkowo „Zróbmy sobie wnuka” i jestem zachwycony. „Tu ja, Krysia Tuchałowa, zielone poproszę” było najlepszym tekstem jakim kiedykolwiek słyszałem w polskim filmie. Jest to film o zwykłej, niezwykłej Polsce przedstawionej w najbardziej zabawny sposób jaki to tylko było możliwe. Zero pretensjonalności. Sto procent aktorskiego kunsztu.”.

Kontrastowym filmem jest „Polskie gówno”. Niestety wielu ludzi borykało się z problemem dostępności kinowej – nie był on dostępny w każdym kinie. Christian jednak gorąco poleca zakup DVD. „Jazda bez trzymanki. W kinie w moim mieście nie mogłem go zobaczyć. Dzięki Bogu istnieje DVD i mogłem go kupić, a potem zobaczyć i pozostawić z satysfakcją obejrzenia fantastycznej satyry na temat polskiego show biznesu oraz sławy w muzycznym światu. Film idealny dla zbuntowanych i myślących zupełnie inaczej.” Zdecydowanie WARTO!

Marta P. wybrała 2 klasyki czyli „Przeminęło z wiatrem” i „Śniadanie u Tiffany’ego” i jedną nowość, zekranizowaną rok temu „Moje córki krowy”. 

„Od 1939 roku zachwyca miliony ludzi na całym świecie. Zauroczyła także mnie! Czterogodzinna epopeja, która pomagać mi często walczyć z  trudnymi i deszczowymi dniami. Przepiękny film przedstawiający romans ślicznej Scarlett O’Hary  i czarującego Rhetta Butlera w czasach wojny secesyjnej. Kostiumy, scenografia, wartka akcja – to wszystko zasługuje na gromkie brawa”. – tak Marta rekomenduje „Przeminęło z wiatrem”.

Kolejny klasyk to „Śniadanie u Tiffany’ego" z udziałem wspaniałej legendy kobiecego kina – Audrey Hepburn. Kto nie widział niech koniecznie zobaczy! „Nowy Jork ukazany w „Śniadaniu u Tifany’ego” jest czarujący, nietuzinkowy i stylowy. Uwielbiam patrzeć jak wspaniała Audrey Hepburn przemierza ulice tego pięknego miasta i słuchać, kiedy nostalgicznie delikatnym głosikiem nuci – „Moon River”. Holly pomimo wielu wad zjednała sobie grono fanów, w tym także mnie.” 

Nowość w tytułach Marty stanowią „Moje córki krowy” z Agatą Kuleszą. „Kiedy zobaczyłam zwiastun filmu postanowiłam, że pójdę na pewno do kina i przekonam się czy naprawdę jest tak dobry jak mi się wydawało. I nie zawiodłam się. Świetne dialogi, znakomicie dobrana obsada i dyskretny humor okazały się przepisem na sukces”.

Druga Marta wybrała filmy nieco bardziej od strony świątecznej – mowa tu o "Grinch" i "Białej Sukience".  Święta Bożego Narodzenia kojarzą jej się z Ktosiowem i jego mieszkańcami. „Chyba każdy kto kocha Święta Bożego Narodzenia widział go chociaż raz- ja oglądam go co roku i uważam, że Ktosiowo to zdecydowanie miasteczko dla mnie. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do tego filmu. Przerażają mnie zmyślone stworki i nie przepadam za produkcjami z nimi w roli głównej. Jednak po zapoznaniu się z  Grinchem, nie potrafię odpuścić sobie obejrzenia go w Święta. "Grinch: świąt nie będzie" ma w sobie całą magię Świąt. Pokazuje, że czasem trzeba ofiarować komuś trochę ciepła i miłości, żeby odkryć kim jest naprawdę, a chyba nie ma lepszego czasu do tego niż Gwiazdka. Bo w Święta wszystko jest możliwe!”

W Boże Ciało ogląda „Białą Sukienkę” ponieważ jak mówi: jest to film z ukazujący „Święta polskie. Choć z "Białą Sukienką" zapoznałam się wieki temu i oglądam ją co roku, z moją rodziną, w Boże Ciało to film ten za każdym razem wywołuje u mnie wzruszenie. Porusza istotne dla każdego człowieka kwestię, pokazuje to co w życiu ważne i przenosi widza do kraju, spokojnego, bezpiecznego i sielskiego, czyli po prostu na polską wieś.”

Na koniec tego artykułu wrzucamy jeszcze jeden klasyk - "Dirty Dancing". Historii miłosnej nikt nie musi Wam przedstawiać – film bawił i wzruszał naszych rodziców, tak samo jak i nas. Daję sobie uciąć głowę, że następne pokolenie również będzie po niego sięgało. Z dobrym filmem jest jak z winem – im starsze, tym lepsze. A jak można opisać "Dirty Dancing"? „Uroczy melodramat, w którym zakochałam się będąc jeszcze dzieckiem i miłość ta przetrwała lata. Oglądałam go już tyle razy, że straciłam rachubę a dialogi bohaterów znam na pamięć. Jednak to co w filmie urzekło mnie najbardziej to trzy rzeczy: cudowna ścieżka dźwiękowa, taneczne popisy bohaterów i klimat tego letniego ośrodka wypoczynkowego. Bo kto z nas nie chciałby przeżyć wakacyjnej miłości w takim miejscu, której tłem są takie piosenki jak: 'She’s Like The Wind', 'Do You Love Me' i najbardziej znana 'Time Of My Life' ”

sobota, 3 grudnia 2016

HELLO! Sztuka Współczesna #2 „Artysta z teką myśli, że jest Matejką, a może Banksym…”

… i to właśnie o Banksym tym razem słów kilka. 

O kim mówi polski raper Taco Hemingway? O artyście, który za wszelką cenę próbuje pozostać anonimowy. O człowieku enigmie. Bo tak naprawdę kim jest Banksy? Odpowiedzi na to pytanie  poszukuje cały świat. Jednak od kilkunastu lat nie dało się ustalić, kto kryje się za owym pseudonimem. Podobno urodził się w Wielkiej Brytanii, podobno (jak podaje The Guardian) nazywa się Robert Banks. Istnieją nawet jego zdjęcia, ale problem w tym, że każde przedstawia inną osobę. Podobno jest młody i przystojny. Takich spekulacji pojawia się wiele, ale jest też kilka faktów, o których możemy powiedzieć bez zastanawiania się czy są prawdziwe. Banksy jest określany mianem najsłynniejszego artysty street artu na świecie. Tworzy poprzez łączenie ze sobą graffiti z charakterystyczną techniką szablonową. Słynie z ryzykownych umiejscowień swoich prac.


 Swoją przygodę ze sztuką zaczynał jako artysta graffiti. Po drobnym incydencie, kiedy to ukrywając się przed policją, spędził kilka godzin przyglądając się numerowi seryjnemu pociągu wpadł na genialny pomysł. To właśnie szablonowe oznaczenie wagonu zainspirowało go do tworzenia własnych szablonów. Odbija je farbą na murach, samochodach, mostach czy budynkach. Banksy  podróżuje po całym świecie i zostawia swoje ślady. Jest to darmowa sztuka, którą można podziwiać spacerując ulicami Londynu, Nowego Yorku czy Sydney. Podobno dwie z jego prac znajdują się także w Trójmieście.

Anonimowy artysta zjednał sobie rzesze fanów o czym może świadczyć chociażby liczba obserwatorów na jednym z portali społecznościowych – na Instagramie śledzi go aż milion osób! Są też i ci, którzy za nim nie przepadają, czyli organy ścigania. Sądzą, że prace Banksy’ego są po prostu zwykłym wandalizmem. Jednak mieszkańcy miast, w których tworzy (a także turyści) pokochali już tego mężczyznę za odwagę i pomysłowość w wyrażaniu swoich poglądów. Najczęstsza tematyka to polityka i szeroko rozumiane życie społeczne. W każdej jego kolejnej pracy można odczytać ukryty przekaz, co sprawia, że są one interesujące i z łatwością przyciągają uwagę kolejnych osób. 


Dzięki stosowaniu przygotowywanych wcześniej szablonów Banksy nie traci czasu na tworzenie dzieła od podstaw. To chyba jego klucz do sukcesu, czyli pozostanie anonimowym. Bo może to jest właśnie jego największym atutem? Wszystko co owiane tajemnicą wydaje nam się przecież bardziej interesujące…

W 2010 roku powstał nawet dokument przedstawiający prawdziwą historię francuskiego sklepikarza, który postanowił za wszelką cenę poznać tożsamość Banksy’ego, a także się z nim zaprzyjaźnić. Film nosi tytuł „Wyjście przez sklep z pamiątkami”.


A oto kilka prac Banksy’ego:

(www.independent.co.uk)

(npbreakthrough.deviantart.com)

(www.independent.co.uk)

www.engadget.com

sobota, 26 listopada 2016

HELLO! YouTube #2 "Podróże małe i duże"

Spontaniczny, zabawny, szalony. Taki właśnie jest Dawid Fazowski, a właściwie Dawid Krawiec, autor najpopularniejszego kanału podróżniczego na Youtube - Przez Świat na Fazie. „Faza”- bo właśnie pod takim pseudonimem znają go jego fani jest absolwentem szkoły górniczej i pochodzi z Żor.


              Podróżować zaczął jako dziecko. Będąc harcerzem przemierzał Polskę stopem i już wtedy ta forma zwiedzania świata przypadła mu do gustu. Po wyprawach między innymi do Turcji, Gruzji, Serbii i Rzymu przyszedł czas na coś naprawdę  dużego. Antarktyda. Bo to ona początkowo była celem podróży Dawida. Faza chciał pojechać tam i napić się wódki z pingwinami. Pomimo iż nie podbił krainy wiecznych lodów, alkoholu w towarzystwie nielotów skosztował - w Chile.


              Po powrocie do Polski przyszedł czas na kolejną podróż i kolejny cel - Azję. Przemierzając kraje islamskie chciał udowodnić, że nie są one takie jak ukazują je współczesne media, a ludzie są znacznie przyjaźniejsi od tych utrwalonych w naszych stereotypach. Następnie udał się do Indii, gdzie pokazał prawdziwą twarz slumsów i rzeczywistość w jakiej muszą żyć, często na ulicach, głodujące dzieci. Odwiedził również słynny Bangkok w którym zabawił dwa tygodnie z rodakami. Jednak jak często to spotyka ludzi, którzy głośno mówią co myślą, wpakował się w kłopoty w Wietnamie, z powodu otwartego sprzeciwu przeciwko ustrojowi tego kraju. Na szczęście skończyło się tylko tym, że Faza najadł się strachu. Wyprawa zaliczona, a cel osiągnięty. 
Aktualnie Dawid wybrał się na wyprawę po Afryce, z której zapewne przywiezie, tak jak z każdej swej podróży, garść doświadczeń i niesamowite wspomnienia, którymi podzieli się z nami na swoim kanale.
Zachęcam więc Was do zaglądania na kanał Fazowskiego, bo warto. Choć w wielu budzi kontrowersje, Dawid  jest przede wszystkim naturalny i prawdziwy. Nie udaje i nie gra. Po prostu realizuje swoją pasje i dzieli się tym z nami, często podkreślając, że nie wszystko co robi jest rozsądne, a to że nic złego do tej pory mu się nie stało uzasadnia posiadanym od dziecka "głupim" szczęściem. 

piątek, 18 listopada 2016

HELLO! Muzyka #2 "Z Dyskografii X"

Szósty marzec 2014 roku. Tego dnia, znana mniej lub bardziej ze swoich muzycznych hitów jak „I Kissed a Girl” czy „Dark Horse”, amerykańska wokalistka Katy Perry, obwieściła na swoim Twitterze, że, tu cytat, ma obsesję na punkcie piosenki „Catch”. Autorką owego utworu była nieznana wtedy nikomu Allie X, której poświęcony jest mój drugi artykuł o nieznanych muzykach ostatnich kilku lat.

Jak już wspomniałem, wszystko zaczęło się od piosenki „Catch”, która nie tylko zaskakiwała swoją intrygującą komputerową melodią oraz tekstem o tematyce, mówiąc w dużym skrócie, medycznej, ale również bardzo minimalistycznym teledyskiem stworzonym na podobieństwo internetowych GIF’ów. Unikalność utworu Allie X zauważyli między innymi redaktorzy magazynu „TIME” czy portalu muzycznego „Idolator” pisząc o nim „najlepsza debiutancka piosenka”.


Kilka dni po wiadomości Pani Perry na temat Allie X do sieci trafił jej kolejny utwór oraz teledysk do piosenki pod tytułem „Prime”. Tak jak za pierwszym razem utwór zaskakiwał swoją unikalnością oraz odmiennością od ówcześnie panujących trendów w muzyce popularnej.


Jednak co mogło jeszcze bardziej intrygować w młodej wokalistce to brak jakichkolwiek danych na jej temat. Na jej żadnym profilu społecznościowym nie można było przeczytać o tym kim jest, skąd pochodzi, ani ile ma lat i czy w ogóle istnieje. Dopiero w październiku 2014, czyli blisko po pół roku od jej debiutanckiego singla, magazyn Billboard postanowił dowiedzieć kim tak naprawdę jest Allie X przeprowadzając z nią wywiad.

Allie X, czyli Alexandra Hughes ma 31 lat, urodziła się w Kanadzie, gdzie również zaczynała swoją muzyczną karierę występując na alternatywnej scenie Toronto wraz z najróżniejszymi zespołami w których była oczywiście wokalistką. Jednak dopiero wyjazd do Los Angeles, pozwolił jej w pełni realizować się jako autorka tekstów oraz muzyki, współpracując między innymi z gwiazdą młodego pokolenia Troyem Sivanem.

Z czasem szum wokół młodej wokalistki ucichł, przez brak nowych piosenek oraz nikłą działalnością na Facebook’u, lecz wraz z dniem 14 kwietnia 2015 światło dzienne ujrzała jej debiutancka płyta pod jakże intrygującym tytułem „CollXtion I”, która zawierała 8 utworów, wśród których nie mogło zabraknąć wspomnianych już „Catch” oraz „Prime”. Album spotkał się z aprobatą krytyków, którzy bez żadnych oporów podarowali mu aż cztery na pięć możliwych gwiazdek. Pomimo, że wokalistka nie mogła pochwalić się wtedy zbyt dużą grupą fanów, i oni nie pozostali obojętni wobec jej twórczości, i również ciepło przyjęli pierwsze dziecko Allie X.

Obecnie artystka pracuje nad swoją drugą płytą, co wiąże się z pewną mini akcją. Otóż wokalistka w swojej 30 sekundowej wiadomości zamieszczonej na „Spotify”, prosi o to, abyśmy pomogli jej „skończyć” ów album. Na „CollXtion II” najprawdopodobniej znajdzie się 10 utworów, z czego 8 można już odsłuchać na wspomnianej platformie, a wśród nich znajdują się takie piosenki jak: „Old Habits Die Hard”, „Too Much Too Dream”, „That’s So Us”, „Purge”, „Cassanova” oraz „All The Rage”, do którego powstał rewelacyjny teledysk (możesz go zobaczyć klikając w tytuł piosenki) z gościnnym udziałem niejakiej Violet Chacki, amerykańskiej gwieździe sceny drag queen oraz zwyciężczyni siódmej edycji programu „RuPaul’s Drag Race”, gdzie również Allie X miała przyjemność występować jako wokalistka użyczająca głosu wspomnianym drag queen. (Jeśli jesteście ciekawi co to znaczy, już teraz zapraszam was do oczekiwania na kolejny artykuł w którym przedstawię wam muzyczną karierę jednej z najbardziej rozpoznawalnych gwiazd też programu.)


I w ten oto sposób przedstawiłem wam kolejną niezwykłą wokalistkę, który z całą pewnością zasługuje na większą atencję, zarówno ze strony środowiska muzycznego jak i fanowskiego. Allie X to przyszłość muzyki pop, która czyni z siebie niezwykły artystyczny performence, a to wszystko za sprawą niewinnego „X”.



Oczywiście poza polubieniem naszego fapage'a na Facebook'u, którego link znajdziecie TUTAJ, już teraz zapraszam was do mojego następnego artykułu, gdzie spróbuję zabrać was w świat ekstrawaganckiej raperki zajmującej się w przeszłości tańcem egzotycznym. Do zobaczenia!

czwartek, 10 listopada 2016

HELLO! Film #1 "Czy 'szkoła uwodzenia Czesława M.' uwodzi?"

Czesław M. – brzmi prawie jak z ogłoszenia kryminalnego, czyż nie? Nic bardziej mylnego. Jest to „kryptonim artystyczny” Czesława Mozila - muzyka, a teraz także aktora. W kinach można właśnie zobaczyć „Szkołę uwodzenia Czesława M.”.


Pamiętając rozległe podboje miłosne Czesława, o których opowiadał m.in. u Kuby Wojewódzkiego, widz udający się do kina może oczekiwać realnej złotej recepty na zdobycie partnera na stałe bądź trochę krócej. Zamiast tego zobaczy jednak trochę kiczowate, wręcz wzbudzające litość usiłowanie założenia intratnego biznesu w postaci szkoły uwodzenia. W XXI wieku przy dobrym PR, na wszystkim, nawet uczuciach da się zrobić biznes – taki właśnie przekaz miał przepełniony ironią film reżyserii Aleksandra Dembskiego. Metody,  do jakich uciekają się Czesław i jego towarzysze Adam i Zygmunt (Jakub Kamieński, Sławomir Pacek) u obserwatora mogą wzbudzić trwogę,  śmiech i zażenowanie, a zarazem dozę humoru. Ironia, sarkazm z samego siebie– tego w filmie jest pod dostatkiem. Wychowany w Danii Czesław od przeciętnego Polaka ma zdecydowanie więcej dystansu. Niejeden artysta nie zgodziłby się na przedstawienie swojej postaci jako „zagubionego alkoholika mieszkającego w slumsach”, o którym nawet najbliżsi znajomi nie mówią najlepiej. Widz ma prawo mieć wrażenie autentyczności faktów, co jednak jest złudne. To, co jest prawdziwe to przedstawienie świata showbiznesu – tam, gdzie nawet najszczerszy przyjaciel jest w stanie Cię oszukać, a miłość Twojego życia po tygodniu od udzielenia „szczerego” wywiadu o Waszej relacji zamieni Cię na kogoś, kto akurat jest na fali.

Czy film warto zobaczyć? Jeśli jest się sympatykiem osoby Czesława Mozila to z pewnością tak. Jeśli oczekujecie paradokumentu to również powinniście wybrać się do kin. Jeżeli jednak oczekujecie dobrej komedii, przy której będziecie „zrywać boki” to wybierzcie coś innego, chyba, że Wasz humor jest na tyle specyficzny, aby np. śmiać się ze stoczniowego żurawia albo miejskiego autobusu. Przyznam szczerze, że po obsadzie i samym zaangażowaniu Czesia spodziewałam się znacznie więcej. „Szkoła uwodzenia Czesława M” mnie nie uwiodła.

środa, 2 listopada 2016

HELLO! YouTube #1 "Autostopem na koniec świata"

Pośród wielu YouTuberów, znanych bardziej lub mniej, na szczególne wyróżnienie zasługuje Michał Pater. Śmiało mogę o nim powiedzieć, że jest jednym z najbardziej niekonwencjonalnych autorów filmów umieszczanych na polskim YouTube'ie. Kim jest? Co robi? Czym się wyróżnia? Odpowiedzi na te pytania, znajdziecie właśnie w tym tekście.

Michał Pater jest magistrem historii Uniwersytetu Wrocławskiego, ale przede wszystkim jest podróżnikiem. Autostopem samotnie przemierza świat, licząc tylko na siebie oraz dobroć ludzi napotkanych na swej drodze. Sam mówi o sobie, że zwiedza świat stylem „w pizdu na krzywy ryj”. Do przemierzania naszego globu wystarczy mu kilka podstawowych rzeczy: kamera na kiju narciarskim, 2 konserwy, 200 zł i pragnienie poszukiwania nowych wrażeń. Wszystkie przygody, które napotyka na swej drodze zapisuje w formie filmików, które następnie publikuje na swoim kanale na YouTube'ie: "Autostopem na koniec świata"

Jedną z jego pierwszych wypraw była podróż do portowego miasta Magadan na Kołymie znajdującej się na Dalekim Wschodzie Rosji. Trwająca niemal trzy miesiące i licząca 27 000 km podróż, miała swój początek we Wrocławiu (tam również miała swój koniec). Jednak tym co go wyróżnia nie jest styl podróżowania, ale to co i jak ukazuje podczas swej wyprawy. Prezentuje świat tak dobrze nam znany z zupełniej innej perspektywy, perspektywy wyjątkowo rzeczywistej. Bo jak się okazuje nasze wyobrażenia o świecie i kulturze rosyjskiej (jak w przypadku wędrówki przez Rosję) często bardzo odbiegają od tego jak jest naprawdę. Rosjanie to bez wątpienia mili i uprzejmi ludzie, którzy na słowa „jestem z Polski” podają butelkę piwa, choć częściej jest to szklanka wódki. Chętnie pomagają swojemu koledze z kraju nad Wisłą, zaprzyjaźniają się z nim niemal od razu i częstują tym czym tylko mogą, posiłkiem, wódką czy chociażby dobrym słowem.

Kolejną przygodą jakiej się podjął jest podróż przez tak zwane Demoludy, czyli państwa bloku wschodniego. Tym razem nasz bohater do pokonania miał 12 państw, 21 000 km, a to wszystko w ciągu zaledwie 67 dni. Mniej kilometrów i dni nie oznacza mniejszej ilości pięknych widoków, sympatycznych ludzi i niesamowitych wrażeń. Drugą serię tak jak i pierwszą ogląda się z uśmiechem na twarzy.

"Autostopem na koniec świata" to nieprzeciętna seria przygód Michała Patera. Mężczyzna pokazuje jak dużo piękna skrywa w sobie nasz świat, przełamuje stereotypy dotyczące ludzi, miejsc oraz obyczajów. Jednak przede wszystkim uświadamia nam, że żeby podróżować, potrzeba naprawdę niewiele, bo wystarczy po prostu chcieć i aby to zrozumieć, trzeba to zobaczyć. Zachęcam więc do zajrzenia na kanał Michała pod tytułem "Autostopem na Koniec Świata".

sobota, 29 października 2016

HELLO! Sztuka Współczesna #1 „Jak czyścić lustro według Mariny Abramović"


Babcia performance’u, czyli Marina Abramowić to jedna z najbardziej znanych artystek intermedialnych na świecie. Początki jej twórczości były związane z malarstwem. Jednak już na studiach interesowała się sztuką współczesną – tworzyła różnego rodzaju instalacje oraz prowokacyjne "występy".
I pomimo tego, że często trudno zrozumieć jak sztuką może być długotrwałe czesanie włosów, które doprowadza do powstawania rany na głowie, to na zaproszenie Mariny do wspólnego tworzenia jej dzieł odpowiadają setki tysięcy osób. W 2012 roku powstał film po tytułem "Marina Abramović: artystka obecna", dokumentujący jeden z jej kolejnych pomysłów. Polegał on na spotkaniu „face to face” z samą artystką. W ramach tego projektu przesiedziała ona, na krześle w nowojorskim muzeum sztuki współczesnej MoMA ponad trzy miesiące, 7,5 godziny codziennie przez 6 dni w tygodniu, co dało zawrotną sumę - 786 godzin! W dodatku bez ruchu! Po drugiej stronie małego stolika siedzieli ludzie, którzy już w nocy ustawiali się w kolejce, by przez kilka minut, a czasem nawet godzin! patrzeć na Marinę. W ciągu tych kilku tygodni, odwiedziło ją blisko pół miliona osób. Od nielegalnych imigrantów po gwiazdy Hollywood. Niektórzy pragnęli jej zaimponować, a inni płakali. Niewątpliwym faktem jest to, że ta artystka dąży do zniszczenia bariery pomiędzy tworzącymi sztukę, a jej odbiorcami. I co może budzić wśród wielu osób zdziwienie – udaje jej się.  

Sama Marina uważa, że "performance to stan umysłu. Najtrudniej jest zrobić coś, co prawie nie istnieje. To wymaga całkowitego oddania". Przez długi czas artystka nie mogła odnaleźć swojej życiowej drogi, ale kiedy uświadomiła sobie, że malarstwo jest dla niej zbyt nudne i ograniczające – odkryła performance. Wychowana przez surowych rodziców, którzy nie potrafili dać jej prawdziwej miłości i poczucia bezpieczeństwa odnalazła siebie poprzez okazywanie sztuki w zadziwiający sposób. Oczywiście nie dla każdego jej działania mogą być czymś, co nazwaliby formą artystyczną, ale dziś Marina Abramobić jest światowej sławy przedstawicielką body artu oraz performance’u. Głównym narzędziem i medium "performatora" jest jego ciało. Abramović „bawi się” nim i wykorzystuje je do tworzenia różnorakich form sztuki. I nie jest ważne dla niej to czy jest to ciało estetyzowane przez oko widza czy też przez obiektyw aparatu/kamery. U niej to performer staje się formą przedstawienia.
I właśnie "Cleaning the mirror" to jeden z najbardziej znanych stworzonych przez nią performance’ów. Został zapisany wyłącznie w formie wideo i tym razem bez udziału publiczności. Składa się on z trzech części. W pierwszej Abramović szczotkuje ludzki szkielet! W kolejnej widz obserwuje nagie ciało Mariny, na którym leży ten sam ludzi szkielet. W trzeciej artystka znajduje się w oksfordzkim muzeum antropologicznym i wybiera pewne obiekty z ekspozycji w owym muzeum. Jednakże nie dotyka ona wyszukanych przez nią przedmiotów. Jedynie wskazuje gestem dłoni. Chce poprzez ten zapis przeobrazić cząstki swojego ciała w relikwie, a także wyeliminować bezpośredniego widza. 

Dziś sztuka współczesna rozwija się bardzo szybko i przyciąga coraz większą rzeszę widzów. Nie każdy ją rozumie, a co więcej nie każdy akceptuje. Jednak artyści tacy jak Marina Abramović pokazują nam, że każdy może spróbować odnaleźć siebie poprzez sztukę. Gdy zaczynała tworzyć właściwie nikt nie pochwalał jej decyzji. Rodzice, zawiedzeni drogą jaką obrała ich córka, właściwie nigdy nie zaakceptowali jej wyboru. Jednak konsekwentnie dążyła do celu, by tworzyć „coś z niczego”, choć wcześniej sądziła, że sztuką może być tylko i wyłącznie zadawanie sobie bólu. Potem odkryła, że najtrudniejsze jest nicnierobienie. Obecnie jest znaną artystką i nadal spełnia swoje marzenia oraz wizje, a przy okazji łamie bariery i zachęca ludzi do bycia częścią jej widowisk. 

środa, 26 października 2016

HELLO! Muzyka #1 "Talent zza telewizyjnego szkiełka"

 Byli idole. Były faktory. Były też i głosy. Programy dla młodych piosenkarzy i piosenkarek z pierwotnego założenia, a przynajmniej tak mi się wydaje, miały dawać możliwość pojawienia się w nich osób, które mają ogromny muzyczny talent oraz pomysł na to jaką muzykę chciałyby tworzyć jako wielkie gwiazdy estrady oraz Instagrama. Dodatkowo, nie mają też zbyt dużych szans na wejście na ten bardzo wymagający rynek. Niestety, ale jak to zwykle bywa ktoś musiał coś popsuć. Zamiast gwiazd na dekady, znanych z ich osobowości, zarówno muzycznej, jak i scenicznej, zrodziły się gwiazdy sprzedaży pojedynczych utworów, których miłość do muzyki została wymieniona na zielone papierki. W panteonie „najbardziej zasłużonych gwiazd talent-show” obok Kelly Clarkson, Adama Lamberta oraz One Direction powinna się również znaleźć zaledwie dwudziestojednoletnia uczestniczka trzeciej edycji amerykańskiej edycji „The Voice” oraz najbardziej wyróżniająca się debiutantka ostatnich kilku lat, Melanie Martinez.

W tych czasach, wszystko zaczyna się od castingu. Tak samo było i w tym przypadku. Jeśli ktoś nie wie, w programie „The Voice” pierwszym zadaniem uczestnika jest skuszenie co najmniej jednego z jurorów, lub bardziej profesjonalnie trenerów, aby nacisnął guzik i odwrócił swój czerwony trenerski tron. Melanie swoim wykonaniem piosenki „Toxic” Britney Spears, grając na gitarze oraz na tamburynie trzymanym między swoimi stopami, zaintrygowała trzech z nich, notabene samych mężczyzn. (Pewnie Christina Aguilera już w tym momencie wiedziała, że niedługo ta młoda dama jeszcze bardziej dobije jej już wtedy dogorywającą karierę.) Potem bitwa, nokaut i programy na żywo. Martinez zdołała dotrwać do najlepszej szóstki, co można uznać za swoisty sukces. I zwykle w tym momencie, czyli w chwili gdy gasną telewizyjne kamery oraz odbiorniki w amerykańskich domach, gaśnie też światło gwiazdki telewizyjnego show. Niezliczone są „kadłubki” karier młodych wokalistów, zarówno tych polskich jak i zagranicznych, którzy nie wiedzieli co dalej zrobić ze swoją przyszłością, nie potrafiąc wykorzystać doświadczenia zdobytego w trakcie programu lub po prostu trafiając na nieodpowiednich ludzi, którzy przeszkodzili im w sięgnięciu szczytu. Jednak w przypadku Melanie Martinez tak się na nasze szczęście nie stało. 

Wraz z zakończeniem trzeciej edycji „The Voice” Melanie zaczęła pracować nad swoim materiałem i po nieco ponad roku zaprezentowała światu swoją pierwszą piosenkę oraz teledysk do niej pod tytułem „Dollhouse”. Na początku utwór nie wzbudził zbyt wielkiego zainteresowania, choć pod koniec roku 2014 mógł się już poszczyć ponad 10 milionami wyświetleń. Konsekwencją debiutanckiej piosenki, była EP’ka wokalistki pod tym samym tytułem co singiel, która zawierała jeszcze trzy utwory.


Drugim singlem Melanie stał się utwór „Carousel”, który również nie został hitem listy Billboard’u. Jednakże twórcy, dla mnie jednego z najważniejszych seriali XXI wieku, „American Horror Story” postanowili wykorzystać piosenkę Martinez, aby posłużyła im jako utwór towarzyszący niektórym trailerom zapowiadającym czwarty sezon serialu, który tym razem nosił nazwę „Freak Show”. To właśnie ten moment w jej karierze można uznać za przełomowy dla przyszłości młodej wokalistki, nie tylko przedstawiając się bardziej wyrafinowanej publiczności, niż prości Amerykanie szukający prostej rozrywki oglądając telewizję kablową, ale też jako autorka dobrego utworu, który może zwiastować równie dobry krążek.


Przez kolejne miesiące próżno było oczekiwać jakichkolwiek nowych wieści na temat Melanie Martinez, dopóki wokalistka nie opublikowała zupełnie nowego teledysku do piosenki „Pity Party”, który luźno nawiązuje do utworu Lesley Gore „It’s My Party”, zapożyczając dwie linijki oryginału, które w obu piosenkach posłużyły jako ich refren. Trzy tygodnie później świat oficjalnie poznał tytuł, tracklistę oraz datę wydania pierwszego długogrającego albumu Melanie Martinez, który został nazwany „Cry Baby”. Zanim jednak płyta trafiła do dystrybucji, wydane zostały jeszcze dwa single „Soap” oraz „Sippy Cup”, które oczywiście zostały opatrzone kolorowymi i fantazyjnymi teledyskami. 

Wraz z dniem 14 sierpnia 2015 roku debiutancki album Martinez ujrzał światło dzienne. Płyta w wersji podstawowej zawierała 13 utworów, zaś rozszerzona, dodatkowe trzy. Muszę przyznać, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do „Dollhouse” bałem się o przyszłość Melanie Martinez. Piosenka była dla mnie dość przecięta, a fantazyjnie dwukolorowe włosy, bardzo wyrazisty makijaż oraz bardzo specyficzna stylistka mogły przytłoczyć to co najważniejsze, czyli muzykę. Jednak po pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, że nie muszę się już bać. Album został przedstawiony jako podróż tytułowego Cry Baby, fantazji Melanie Martinez na temat swojego dzieciństwa, dziecka, które doświadcza „dorosłych” rzeczy, co kwalifikuje go jako tak zwany album koncepcyjny, czyli taki, który nie jest zbiorem luźno związanych ze sobą piosenek, a spójną całością, tworząc dzieło zupełne. Jeśli miałbym opisać ten krążek w kilku słowach, to zrobiłbym to następująco. Dojrzała, choć z dziecięcą świeżością. Kolorowa, choć czasem mroczna. Wyrazista, choć bardzo uniwersalna i prosta, wbrew pozorom. Jasnym jest, że to nie jest muzyka dla każdego, tak jak typowe gwiazdki pop One Direction, ale gdyby odjąć wszystko to co na około, czyli styl, teledyski i dziecięcą otoczkę, mamy do czynienia ze świetnie wyprodukowanymi utworami z dobrym bitem oraz świetnie napisanymi tekstami, które w żadnym wypadku nie przytłaczają słuchacza swoją zamierzoną cukierkowością i infantylnością , a to wszystko dzięki duetowi "Kinetics & One Love", który w dużej mierze stworzył ów krążek. Rok temu był to dla mnie album na który czekałem od zawsze, który nie tylko zaintryguje mnie swoimi unikatowymi dźwiękami, ale także unikalną oprawą wizualną od której nie będę chciał odwrócić swojego wzroku. Co warte dodania, Melanie planuje stworzyć do każdej z piosenek teledysk, które w połączone w całość mają stworzyć audiowizualną opowieść o Cry Baby.



I w właśnie momencie, chciałbym powiedzieć coś o liczbach dotyczących Melanie Martinez. Zdaje sobie sprawę, że prawdziwego artysty nie określają wyniki sprzedaży czy oglądalności, ale w tym przypadku jednak są one istotne. Zacznijmy od Facebook’a wokalistki. Wraz z dniem 20 października, śledzi ją blisko półtora miliona fanów, co można uznać za całkiem dobry wynik. Kanał YouTube Martinez może poszczycić się ponad trzema milionami subskrybentów, jednak co może bardziej zaskakiwać to oglądalność pojedynczych teledysków do piosenek Melanie. Najwyżej na tej liście znajduje się „Dollhouse” z wyświetleniami sięgającymi ponad 81 milionów, przy średniej oglądalności ponad trzech minut, przy prawie cztery i pół minutowym wideo. Kolejno, „Pity Party” – 65 milionów, „Carousel” – 47 milionów, „Alphabet Boy” – 37 milionów, „Cry Baby” – 35 milionów, „Soap” oraz „Sippy Cup” – każdy po 34 miliony wyświetleń. By jeszcze tego było mało, profil na platformie Spotify śledzi również nieco ponad milion fanów, lecz to wyniki słuchalności pojedynczych piosenek robią wrażenie. „Pity Party” obecnie wysłuchało ponad 93 milionów użytkowników platformy, „Dollhouse” – 58 milionów, „Soap” i „Carousel” – po 41 milinów, a pozostałe sześć piosenek z listy jej 10 aktualnie najpopularniejszych utworów, przesłuchano przynajmniej 20 milionów słuchaczy. Takie osiągnięcie plasuje Melanie Martinez wśród największych gwiazd nowego pokolenia tuż obok Troye Sivan’a, Halsey czy Zayn’a. Jednak w tej sytuacji, rodzi się dość banalne pytanie, jak to możliwe, że tak fantastyczna artystka, nawet pomimo takich wyników oglądalności w Internecie jak i ponad 500 tysięcy sprzedanych albumów, nie jest szerzej rozpoznawalną gwiazdą, a przynajmniej nie bije na głowę popularnością wyżej wymienionej trójki wokalistów? Niestety, próżno szukać odpowiedzi na to pytanie…


Dzisiaj Melanie Martinez ma za sobą świetny rok. Fantastyczny album, nie tylko pod względem sprzedaży, ale również i artystycznym, światowa trasa koncertowa oraz rzesza wiernych i kolorowych fanów. Jedynie czego mogę jej życzyć, również jako swoisty fan, to masa muzycznych nagród oraz niegasnącego źródła jej niezwykłej muzycznej fantazji.