sobota, 29 października 2016

HELLO! Sztuka Współczesna #1 „Jak czyścić lustro według Mariny Abramović"


Babcia performance’u, czyli Marina Abramowić to jedna z najbardziej znanych artystek intermedialnych na świecie. Początki jej twórczości były związane z malarstwem. Jednak już na studiach interesowała się sztuką współczesną – tworzyła różnego rodzaju instalacje oraz prowokacyjne "występy".
I pomimo tego, że często trudno zrozumieć jak sztuką może być długotrwałe czesanie włosów, które doprowadza do powstawania rany na głowie, to na zaproszenie Mariny do wspólnego tworzenia jej dzieł odpowiadają setki tysięcy osób. W 2012 roku powstał film po tytułem "Marina Abramović: artystka obecna", dokumentujący jeden z jej kolejnych pomysłów. Polegał on na spotkaniu „face to face” z samą artystką. W ramach tego projektu przesiedziała ona, na krześle w nowojorskim muzeum sztuki współczesnej MoMA ponad trzy miesiące, 7,5 godziny codziennie przez 6 dni w tygodniu, co dało zawrotną sumę - 786 godzin! W dodatku bez ruchu! Po drugiej stronie małego stolika siedzieli ludzie, którzy już w nocy ustawiali się w kolejce, by przez kilka minut, a czasem nawet godzin! patrzeć na Marinę. W ciągu tych kilku tygodni, odwiedziło ją blisko pół miliona osób. Od nielegalnych imigrantów po gwiazdy Hollywood. Niektórzy pragnęli jej zaimponować, a inni płakali. Niewątpliwym faktem jest to, że ta artystka dąży do zniszczenia bariery pomiędzy tworzącymi sztukę, a jej odbiorcami. I co może budzić wśród wielu osób zdziwienie – udaje jej się.  

Sama Marina uważa, że "performance to stan umysłu. Najtrudniej jest zrobić coś, co prawie nie istnieje. To wymaga całkowitego oddania". Przez długi czas artystka nie mogła odnaleźć swojej życiowej drogi, ale kiedy uświadomiła sobie, że malarstwo jest dla niej zbyt nudne i ograniczające – odkryła performance. Wychowana przez surowych rodziców, którzy nie potrafili dać jej prawdziwej miłości i poczucia bezpieczeństwa odnalazła siebie poprzez okazywanie sztuki w zadziwiający sposób. Oczywiście nie dla każdego jej działania mogą być czymś, co nazwaliby formą artystyczną, ale dziś Marina Abramobić jest światowej sławy przedstawicielką body artu oraz performance’u. Głównym narzędziem i medium "performatora" jest jego ciało. Abramović „bawi się” nim i wykorzystuje je do tworzenia różnorakich form sztuki. I nie jest ważne dla niej to czy jest to ciało estetyzowane przez oko widza czy też przez obiektyw aparatu/kamery. U niej to performer staje się formą przedstawienia.
I właśnie "Cleaning the mirror" to jeden z najbardziej znanych stworzonych przez nią performance’ów. Został zapisany wyłącznie w formie wideo i tym razem bez udziału publiczności. Składa się on z trzech części. W pierwszej Abramović szczotkuje ludzki szkielet! W kolejnej widz obserwuje nagie ciało Mariny, na którym leży ten sam ludzi szkielet. W trzeciej artystka znajduje się w oksfordzkim muzeum antropologicznym i wybiera pewne obiekty z ekspozycji w owym muzeum. Jednakże nie dotyka ona wyszukanych przez nią przedmiotów. Jedynie wskazuje gestem dłoni. Chce poprzez ten zapis przeobrazić cząstki swojego ciała w relikwie, a także wyeliminować bezpośredniego widza. 

Dziś sztuka współczesna rozwija się bardzo szybko i przyciąga coraz większą rzeszę widzów. Nie każdy ją rozumie, a co więcej nie każdy akceptuje. Jednak artyści tacy jak Marina Abramović pokazują nam, że każdy może spróbować odnaleźć siebie poprzez sztukę. Gdy zaczynała tworzyć właściwie nikt nie pochwalał jej decyzji. Rodzice, zawiedzeni drogą jaką obrała ich córka, właściwie nigdy nie zaakceptowali jej wyboru. Jednak konsekwentnie dążyła do celu, by tworzyć „coś z niczego”, choć wcześniej sądziła, że sztuką może być tylko i wyłącznie zadawanie sobie bólu. Potem odkryła, że najtrudniejsze jest nicnierobienie. Obecnie jest znaną artystką i nadal spełnia swoje marzenia oraz wizje, a przy okazji łamie bariery i zachęca ludzi do bycia częścią jej widowisk. 

środa, 26 października 2016

HELLO! Muzyka #1 "Talent zza telewizyjnego szkiełka"

 Byli idole. Były faktory. Były też i głosy. Programy dla młodych piosenkarzy i piosenkarek z pierwotnego założenia, a przynajmniej tak mi się wydaje, miały dawać możliwość pojawienia się w nich osób, które mają ogromny muzyczny talent oraz pomysł na to jaką muzykę chciałyby tworzyć jako wielkie gwiazdy estrady oraz Instagrama. Dodatkowo, nie mają też zbyt dużych szans na wejście na ten bardzo wymagający rynek. Niestety, ale jak to zwykle bywa ktoś musiał coś popsuć. Zamiast gwiazd na dekady, znanych z ich osobowości, zarówno muzycznej, jak i scenicznej, zrodziły się gwiazdy sprzedaży pojedynczych utworów, których miłość do muzyki została wymieniona na zielone papierki. W panteonie „najbardziej zasłużonych gwiazd talent-show” obok Kelly Clarkson, Adama Lamberta oraz One Direction powinna się również znaleźć zaledwie dwudziestojednoletnia uczestniczka trzeciej edycji amerykańskiej edycji „The Voice” oraz najbardziej wyróżniająca się debiutantka ostatnich kilku lat, Melanie Martinez.

W tych czasach, wszystko zaczyna się od castingu. Tak samo było i w tym przypadku. Jeśli ktoś nie wie, w programie „The Voice” pierwszym zadaniem uczestnika jest skuszenie co najmniej jednego z jurorów, lub bardziej profesjonalnie trenerów, aby nacisnął guzik i odwrócił swój czerwony trenerski tron. Melanie swoim wykonaniem piosenki „Toxic” Britney Spears, grając na gitarze oraz na tamburynie trzymanym między swoimi stopami, zaintrygowała trzech z nich, notabene samych mężczyzn. (Pewnie Christina Aguilera już w tym momencie wiedziała, że niedługo ta młoda dama jeszcze bardziej dobije jej już wtedy dogorywającą karierę.) Potem bitwa, nokaut i programy na żywo. Martinez zdołała dotrwać do najlepszej szóstki, co można uznać za swoisty sukces. I zwykle w tym momencie, czyli w chwili gdy gasną telewizyjne kamery oraz odbiorniki w amerykańskich domach, gaśnie też światło gwiazdki telewizyjnego show. Niezliczone są „kadłubki” karier młodych wokalistów, zarówno tych polskich jak i zagranicznych, którzy nie wiedzieli co dalej zrobić ze swoją przyszłością, nie potrafiąc wykorzystać doświadczenia zdobytego w trakcie programu lub po prostu trafiając na nieodpowiednich ludzi, którzy przeszkodzili im w sięgnięciu szczytu. Jednak w przypadku Melanie Martinez tak się na nasze szczęście nie stało. 

Wraz z zakończeniem trzeciej edycji „The Voice” Melanie zaczęła pracować nad swoim materiałem i po nieco ponad roku zaprezentowała światu swoją pierwszą piosenkę oraz teledysk do niej pod tytułem „Dollhouse”. Na początku utwór nie wzbudził zbyt wielkiego zainteresowania, choć pod koniec roku 2014 mógł się już poszczyć ponad 10 milionami wyświetleń. Konsekwencją debiutanckiej piosenki, była EP’ka wokalistki pod tym samym tytułem co singiel, która zawierała jeszcze trzy utwory.


Drugim singlem Melanie stał się utwór „Carousel”, który również nie został hitem listy Billboard’u. Jednakże twórcy, dla mnie jednego z najważniejszych seriali XXI wieku, „American Horror Story” postanowili wykorzystać piosenkę Martinez, aby posłużyła im jako utwór towarzyszący niektórym trailerom zapowiadającym czwarty sezon serialu, który tym razem nosił nazwę „Freak Show”. To właśnie ten moment w jej karierze można uznać za przełomowy dla przyszłości młodej wokalistki, nie tylko przedstawiając się bardziej wyrafinowanej publiczności, niż prości Amerykanie szukający prostej rozrywki oglądając telewizję kablową, ale też jako autorka dobrego utworu, który może zwiastować równie dobry krążek.


Przez kolejne miesiące próżno było oczekiwać jakichkolwiek nowych wieści na temat Melanie Martinez, dopóki wokalistka nie opublikowała zupełnie nowego teledysku do piosenki „Pity Party”, który luźno nawiązuje do utworu Lesley Gore „It’s My Party”, zapożyczając dwie linijki oryginału, które w obu piosenkach posłużyły jako ich refren. Trzy tygodnie później świat oficjalnie poznał tytuł, tracklistę oraz datę wydania pierwszego długogrającego albumu Melanie Martinez, który został nazwany „Cry Baby”. Zanim jednak płyta trafiła do dystrybucji, wydane zostały jeszcze dwa single „Soap” oraz „Sippy Cup”, które oczywiście zostały opatrzone kolorowymi i fantazyjnymi teledyskami. 

Wraz z dniem 14 sierpnia 2015 roku debiutancki album Martinez ujrzał światło dzienne. Płyta w wersji podstawowej zawierała 13 utworów, zaś rozszerzona, dodatkowe trzy. Muszę przyznać, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do „Dollhouse” bałem się o przyszłość Melanie Martinez. Piosenka była dla mnie dość przecięta, a fantazyjnie dwukolorowe włosy, bardzo wyrazisty makijaż oraz bardzo specyficzna stylistka mogły przytłoczyć to co najważniejsze, czyli muzykę. Jednak po pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, że nie muszę się już bać. Album został przedstawiony jako podróż tytułowego Cry Baby, fantazji Melanie Martinez na temat swojego dzieciństwa, dziecka, które doświadcza „dorosłych” rzeczy, co kwalifikuje go jako tak zwany album koncepcyjny, czyli taki, który nie jest zbiorem luźno związanych ze sobą piosenek, a spójną całością, tworząc dzieło zupełne. Jeśli miałbym opisać ten krążek w kilku słowach, to zrobiłbym to następująco. Dojrzała, choć z dziecięcą świeżością. Kolorowa, choć czasem mroczna. Wyrazista, choć bardzo uniwersalna i prosta, wbrew pozorom. Jasnym jest, że to nie jest muzyka dla każdego, tak jak typowe gwiazdki pop One Direction, ale gdyby odjąć wszystko to co na około, czyli styl, teledyski i dziecięcą otoczkę, mamy do czynienia ze świetnie wyprodukowanymi utworami z dobrym bitem oraz świetnie napisanymi tekstami, które w żadnym wypadku nie przytłaczają słuchacza swoją zamierzoną cukierkowością i infantylnością , a to wszystko dzięki duetowi "Kinetics & One Love", który w dużej mierze stworzył ów krążek. Rok temu był to dla mnie album na który czekałem od zawsze, który nie tylko zaintryguje mnie swoimi unikatowymi dźwiękami, ale także unikalną oprawą wizualną od której nie będę chciał odwrócić swojego wzroku. Co warte dodania, Melanie planuje stworzyć do każdej z piosenek teledysk, które w połączone w całość mają stworzyć audiowizualną opowieść o Cry Baby.



I w właśnie momencie, chciałbym powiedzieć coś o liczbach dotyczących Melanie Martinez. Zdaje sobie sprawę, że prawdziwego artysty nie określają wyniki sprzedaży czy oglądalności, ale w tym przypadku jednak są one istotne. Zacznijmy od Facebook’a wokalistki. Wraz z dniem 20 października, śledzi ją blisko półtora miliona fanów, co można uznać za całkiem dobry wynik. Kanał YouTube Martinez może poszczycić się ponad trzema milionami subskrybentów, jednak co może bardziej zaskakiwać to oglądalność pojedynczych teledysków do piosenek Melanie. Najwyżej na tej liście znajduje się „Dollhouse” z wyświetleniami sięgającymi ponad 81 milionów, przy średniej oglądalności ponad trzech minut, przy prawie cztery i pół minutowym wideo. Kolejno, „Pity Party” – 65 milionów, „Carousel” – 47 milionów, „Alphabet Boy” – 37 milionów, „Cry Baby” – 35 milionów, „Soap” oraz „Sippy Cup” – każdy po 34 miliony wyświetleń. By jeszcze tego było mało, profil na platformie Spotify śledzi również nieco ponad milion fanów, lecz to wyniki słuchalności pojedynczych piosenek robią wrażenie. „Pity Party” obecnie wysłuchało ponad 93 milionów użytkowników platformy, „Dollhouse” – 58 milionów, „Soap” i „Carousel” – po 41 milinów, a pozostałe sześć piosenek z listy jej 10 aktualnie najpopularniejszych utworów, przesłuchano przynajmniej 20 milionów słuchaczy. Takie osiągnięcie plasuje Melanie Martinez wśród największych gwiazd nowego pokolenia tuż obok Troye Sivan’a, Halsey czy Zayn’a. Jednak w tej sytuacji, rodzi się dość banalne pytanie, jak to możliwe, że tak fantastyczna artystka, nawet pomimo takich wyników oglądalności w Internecie jak i ponad 500 tysięcy sprzedanych albumów, nie jest szerzej rozpoznawalną gwiazdą, a przynajmniej nie bije na głowę popularnością wyżej wymienionej trójki wokalistów? Niestety, próżno szukać odpowiedzi na to pytanie…


Dzisiaj Melanie Martinez ma za sobą świetny rok. Fantastyczny album, nie tylko pod względem sprzedaży, ale również i artystycznym, światowa trasa koncertowa oraz rzesza wiernych i kolorowych fanów. Jedynie czego mogę jej życzyć, również jako swoisty fan, to masa muzycznych nagród oraz niegasnącego źródła jej niezwykłej muzycznej fantazji. 

wtorek, 25 października 2016

HELLO! #0 "Introdukcja"

HELLO! Z tej strony Marta, Christian, Aneta i jeszcze jedna Marta.

HELLO! to nasz wspólny blog. Pomimo tego, że każdy z nas ma zupełnie inne zainteresowania i chce pisać o zupełnie różnych rzeczach, to stworzyliśmy go, aby zachęcić Was – naszych czytelników - do poznania nowych, nieznanych i niebanalnych twórców oraz artystów rozsianych po całym świecie, zarówno tym rzeczywistym, jak i tym wirtualnym.

HELLO! pokaże Wam, że praktycznie wszędzie można dostrzec choćby ułamek artyzmu, zaczynając od muzyki, książek oraz filmów, poprzez sztukę, zarówno tą współczesną, jak i tą nieco starszą, a kończąc na grach komputerowych oraz kanałach na YouTube’ie.

Bo przecież: „… chociaż życie nasze nic niewarte eviva l'arte!”