Spontaniczny, zabawny, szalony. Taki właśnie jest
Dawid Fazowski, a właściwie Dawid Krawiec, autor najpopularniejszego kanału
podróżniczego na Youtube - Przez Świat na Fazie.„Faza”- bo właśnie pod takim
pseudonimem znają go jego fani jest absolwentem szkoły górniczej i pochodzi z
Żor.
Podróżować zaczął jako dziecko. Będąc harcerzem
przemierzał Polskę stopem i już wtedy ta forma zwiedzania świata przypadła mu
do gustu. Po wyprawach między innymi do Turcji, Gruzji, Serbii i Rzymu
przyszedł czas na coś naprawdędużego.
Antarktyda. Bo to ona początkowo była celem podróży Dawida. Faza chciał
pojechać tam i napić się wódki z pingwinami. Pomimo iż nie podbił krainy
wiecznych lodów, alkoholu w towarzystwie nielotów skosztował - w Chile.
Po powrocie do Polski przyszedł czas na kolejną podróż
i kolejny cel - Azję. Przemierzając kraje islamskie chciał udowodnić, że nie są
one takie jak ukazują je współczesne media, a ludzie są znacznie przyjaźniejsi
od tych utrwalonych w naszych stereotypach. Następnie udał się do Indii, gdzie
pokazał prawdziwą twarz slumsów i rzeczywistość w jakiej muszą żyć, często na
ulicach, głodujące dzieci. Odwiedził również słynny Bangkok w którym zabawił
dwa tygodnie z rodakami. Jednak jak często to spotyka ludzi, którzy głośno mówią
co myślą, wpakował się w kłopoty w Wietnamie, z powodu otwartego sprzeciwu
przeciwko ustrojowi tego kraju. Na szczęście skończyło się tylko tym, że Faza
najadł się strachu. Wyprawa zaliczona, a cel osiągnięty.
Aktualnie Dawid wybrał
się na wyprawę po Afryce, z której zapewne przywiezie, tak jak z każdej swej
podróży, garść doświadczeń i niesamowite wspomnienia, którymi podzieli się z
nami na swoim kanale.
Zachęcam więc Was do zaglądania na kanał Fazowskiego,
bo warto. Choć w wielu budzi kontrowersje, Dawidjest przede wszystkim naturalny i prawdziwy.
Nie udaje i nie gra. Po prostu realizuje swoją pasje i dzieli się tym z nami,
często podkreślając, że nie wszystko co robi jest rozsądne, a to że nic złego
do tej pory mu się nie stało uzasadnia posiadanym od dziecka "głupim"
szczęściem.
Szósty marzec 2014 roku.
Tego dnia, znana mniej lub bardziej ze swoich muzycznych hitów jak „I Kissed a
Girl” czy „Dark Horse”, amerykańska wokalistka Katy Perry, obwieściła na swoim
Twitterze, że, tu cytat, ma obsesję na punkcie piosenki „Catch”. Autorką owego
utworu była nieznana wtedy nikomu Allie X, której poświęcony jest mój drugi artykuł
o nieznanych muzykach ostatnich kilku lat.
Jak już wspomniałem,
wszystko zaczęło się od piosenki „Catch”, która nie tylko zaskakiwała swoją intrygującą
komputerową melodią oraz tekstem o tematyce, mówiąc w dużym skrócie,
medycznej, ale również bardzo minimalistycznym teledyskiem stworzonym na
podobieństwo internetowych GIF’ów. Unikalność utworu Allie X zauważyli między
innymi redaktorzy magazynu „TIME” czy portalu muzycznego „Idolator” pisząc o
nim „najlepsza debiutancka piosenka”.
Kilka dni po wiadomości
Pani Perry na temat Allie X do sieci trafił jej kolejny utwór oraz teledysk do
piosenki pod tytułem „Prime”. Tak jak za pierwszym razem utwór zaskakiwał swoją
unikalnością oraz odmiennością od ówcześnie panujących trendów w muzyce
popularnej.
Jednak co mogło jeszcze bardziej
intrygować w młodej wokalistce to brak jakichkolwiek danych na jej temat. Na jej
żadnym profilu społecznościowym nie można było przeczytać o tym kim jest, skąd
pochodzi, ani ile ma lat i czy w ogóle istnieje. Dopiero w październiku
2014, czyli blisko po pół roku od jej debiutanckiego singla, magazyn Billboard
postanowił dowiedzieć kim tak naprawdę jest Allie X przeprowadzając z nią
wywiad.
Allie X, czyli Alexandra
Hughes ma 31 lat, urodziła się w Kanadzie, gdzie również zaczynała swoją
muzyczną karierę występując na alternatywnej scenie Toronto wraz z najróżniejszymi
zespołami w których była oczywiście wokalistką. Jednak dopiero wyjazd do Los
Angeles, pozwolił jej w pełni realizować się jako autorka tekstów oraz
muzyki, współpracując między innymi z gwiazdą młodego pokolenia Troyem
Sivanem.
Z czasem szum wokół
młodej wokalistki ucichł, przez brak nowych piosenek oraz nikłą
działalnością na Facebook’u, lecz wraz z dniem 14 kwietnia 2015 światło dzienne ujrzała
jej debiutancka płyta pod jakże intrygującym tytułem „CollXtion I”, która
zawierała 8 utworów, wśród których nie mogło zabraknąć wspomnianych już „Catch”
oraz „Prime”. Album spotkał się z aprobatą krytyków, którzy bez żadnych oporów
podarowali mu aż cztery na pięć możliwych gwiazdek. Pomimo, że wokalistka nie
mogła pochwalić się wtedy zbyt dużą grupą fanów, i oni nie pozostali obojętni
wobec jej twórczości, i również ciepło przyjęli pierwsze dziecko Allie X.
Obecnie artystka pracuje
nad swoją drugą płytą, co wiąże się z pewną mini akcją. Otóż wokalistka w swojej
30 sekundowej wiadomości zamieszczonej na „Spotify”, prosi o to, abyśmy
pomogli jej „skończyć” ów album. Na „CollXtion II” najprawdopodobniej znajdzie
się 10 utworów, z czego 8 można już odsłuchać na wspomnianej platformie, a wśród
nich znajdują się takie piosenki jak: „Old Habits Die Hard”, „Too Much Too
Dream”, „That’s So Us”, „Purge”, „Cassanova” oraz „All The Rage”, do którego
powstał rewelacyjny teledysk (możesz go zobaczyć klikając w tytuł piosenki) z gościnnym udziałem niejakiej Violet Chacki,
amerykańskiej gwieździe sceny drag queen oraz zwyciężczyni siódmej edycji
programu „RuPaul’s Drag Race”, gdzie również Allie X miała przyjemność
występować jako wokalistka użyczająca głosu wspomnianym drag queen. (Jeśli
jesteście ciekawi co to znaczy, już teraz zapraszam was do oczekiwania na
kolejny artykuł w którym przedstawię wam muzyczną karierę jednej z
najbardziej rozpoznawalnych gwiazd też programu.)
I w ten oto sposób
przedstawiłem wam kolejną niezwykłą wokalistkę, który z całą pewnością
zasługuje na większą atencję, zarówno ze strony środowiska muzycznego jak
i fanowskiego. Allie X to przyszłość muzyki pop, która czyni z siebie
niezwykły artystyczny performence, a to wszystko za sprawą niewinnego „X”.
Oczywiście poza polubieniem naszego fapage'a na Facebook'u, którego link znajdziecie TUTAJ, już teraz zapraszam was do mojego następnego artykułu, gdzie spróbuję zabrać was w świat ekstrawaganckiej raperki zajmującej się w przeszłości tańcem egzotycznym. Do zobaczenia!
Czesław M. – brzmi prawie jak z ogłoszenia
kryminalnego, czyż nie? Nic bardziej mylnego. Jest to „kryptonim artystyczny”
Czesława Mozila - muzyka, a teraz także aktora. W kinach można właśnie zobaczyć „Szkołę
uwodzenia Czesława M.”.
Pamiętając rozległe podboje miłosne
Czesława, o których opowiadał m.in. u Kuby Wojewódzkiego, widz udający się do
kina może oczekiwać realnej złotej recepty na zdobycie partnera na stałe bądź
trochę krócej. Zamiast tego zobaczy jednak trochę kiczowate, wręcz wzbudzające
litość usiłowanie założenia intratnego biznesu w postaci szkoły uwodzenia. W
XXI wieku przy dobrym PR, na wszystkim, nawet uczuciach da się zrobić biznes –
taki właśnie przekaz miał przepełniony ironią film reżyserii Aleksandra
Dembskiego. Metody, do jakich uciekają
się Czesław i jego towarzysze Adam i Zygmunt (Jakub Kamieński, Sławomir Pacek)
u obserwatora mogą wzbudzić trwogę,
śmiech i zażenowanie, a zarazem dozę humoru. Ironia, sarkazm z samego
siebie– tego w filmie jest pod dostatkiem. Wychowany w Danii Czesław od
przeciętnego Polaka ma zdecydowanie więcej dystansu. Niejeden artysta nie
zgodziłby się na przedstawienie swojej postaci jako „zagubionego alkoholika
mieszkającego w slumsach”, o którym nawet najbliżsi znajomi nie mówią
najlepiej. Widz ma prawo mieć wrażenie autentyczności faktów, co jednak jest
złudne. To, co jest prawdziwe to przedstawienie świata showbiznesu – tam, gdzie
nawet najszczerszy przyjaciel jest w stanie Cię oszukać, a miłość Twojego życia
po tygodniu od udzielenia „szczerego” wywiadu o Waszej relacji zamieni Cię na kogoś,
kto akurat jest na fali.
Czy film warto zobaczyć? Jeśli jest się
sympatykiem osoby Czesława Mozila to z pewnością tak. Jeśli oczekujecie
paradokumentu to również powinniście wybrać się do kin. Jeżeli jednak
oczekujecie dobrej komedii, przy której będziecie „zrywać boki” to wybierzcie
coś innego, chyba, że Wasz humor jest na tyle specyficzny, aby np. śmiać się ze
stoczniowego żurawia albo miejskiego autobusu. Przyznam szczerze, że po
obsadzie i samym zaangażowaniu Czesia spodziewałam się znacznie więcej. „Szkoła
uwodzenia Czesława M” mnie nie uwiodła.
Pośród
wielu YouTuberów, znanych bardziej lub mniej, na szczególne wyróżnienie
zasługuje Michał Pater. Śmiało mogę o nim powiedzieć, że jest jednym z
najbardziej niekonwencjonalnych autorów filmów umieszczanych na polskim
YouTube'ie. Kim jest? Co robi? Czym się wyróżnia? Odpowiedzi na te pytania,
znajdziecie właśnie w tym tekście.
Michał
Pater jest magistrem historii Uniwersytetu Wrocławskiego, ale przede wszystkim
jest podróżnikiem. Autostopem samotnie przemierza świat, licząc tylko na siebie
oraz dobroć ludzi napotkanych na swej drodze. Sam mówi o sobie, że zwiedza
świat stylem „w pizdu na krzywy ryj”. Do przemierzania naszego globu wystarczy
mu kilka podstawowych rzeczy: kamera na kiju narciarskim, 2 konserwy, 200 zł i
pragnienie poszukiwania nowych wrażeń. Wszystkie przygody, które napotyka na
swej drodze zapisuje w formie filmików, które następnie publikuje na swoim
kanale na YouTube'ie: "Autostopem na koniec świata"
Jedną
z jego pierwszych wypraw była podróż do portowego miasta Magadan na Kołymie znajdującej się na Dalekim Wschodzie Rosji. Trwająca niemal trzy miesiące i
licząca 27 000 km podróż, miała swój początek we Wrocławiu (tam również miała
swój koniec). Jednak tym co go wyróżnia nie jest styl podróżowania, ale to co i
jak ukazuje podczas swej wyprawy. Prezentuje świat tak dobrze nam znany z
zupełniej innej perspektywy, perspektywy wyjątkowo rzeczywistej. Bo jak się
okazuje nasze wyobrażenia o świecie i kulturze rosyjskiej (jak w przypadku
wędrówki przez Rosję) często bardzo odbiegają od tego jak jest naprawdę. Rosjanie
to bez wątpienia mili i uprzejmi ludzie, którzy na słowa „jestem z Polski”
podają butelkę piwa, choć częściej jest to szklanka wódki. Chętnie pomagają
swojemu koledze z kraju nad Wisłą, zaprzyjaźniają się z nim niemal od razu i
częstują tym czym tylko mogą, posiłkiem, wódką czy chociażby dobrym słowem.
Kolejną
przygodą jakiej się podjął jest podróż przez tak zwane Demoludy, czyli państwa
bloku wschodniego. Tym razem nasz bohater do pokonania miał 12 państw, 21 000
km, a to wszystko w ciągu zaledwie 67 dni. Mniej kilometrów i dni nie oznacza
mniejszej ilości pięknych widoków, sympatycznych ludzi i niesamowitych wrażeń.
Drugą serię tak jak i pierwszą ogląda się z uśmiechem na twarzy.
"Autostopem na
koniec świata" to nieprzeciętna seria przygód Michała
Patera. Mężczyzna pokazuje jak dużo piękna skrywa w sobie nasz świat,
przełamuje stereotypy dotyczące ludzi, miejsc oraz obyczajów. Jednak przede
wszystkim uświadamia nam, że żeby podróżować, potrzeba naprawdę niewiele, bo
wystarczy po prostu chcieć i aby to zrozumieć, trzeba to zobaczyć. Zachęcam
więc do zajrzenia na kanał Michała pod tytułem "Autostopem na Koniec Świata".