UWAGA! Teledyski
znajdujące się pod linkami w teksie są przeznaczone raczej dla dorosłych. Jeśli
jesteś niepełnoletni lub wrażliwy na jakiekolwiek przejawy wulgarności lub
golizny, radzę ich nie oglądać. Zapraszam do wnikliwego czytania.
Kilka lat temu na antenie
stacji muzycznej VIVA, Krzysztof Skiba wypowiadał się na temat Lady Gagi oraz
jej sławetnej mięsnej sukienki. Parafrazując jego słowa, wspomniał, że dopiero
ktoś po niej może rzeczywiście zaszokować światową opinię publiczną. Jasnym
było, że jest to raczej sarkastyczny komentarz ze strony Pana Skiby, jednak po
tych kilku latach słowo stało się ciałem i nazywa się Brooke Candy. Oto krótki
opis twórczości byłej tancerki egzotycznej, która zapragnęła stać się najprawdziwszą
gwiazdą muzyki.
Wszystko zaczęło się od
teledysku pewnej niszowej artystki o pseudonimie Grimes do piosenki pod tytułem
„Genesis”, w którym Candy miała przyjemność wystąpić u boku wspomnianej
wokalistki. Co mogło w niej najbardziej intrygować to nie tylko intensywnie różowe
warkoczyki, bardzo wyrazisty makijaż, czy buty na naprawdę grubej słoninie (ci
co wiedzą o co chodzi, gratuluję wiedzy dotyczącej mody PRL’u) ale również jej
skąpy metaliczny strój, który jak twierdzi sama Brooke, jest inspirowany
kulturą superbohaterów.
pinterest.com
Po udanym występie w
teledysku Grimes, przyszedł czas na swoją autorski utwór pod tytułem „Das Me”. Sama
piosenka oraz teledysk charakteryzowała się iście groteskową obscenicznością
oraz wulgarnością. W kółko powtarzanie słowa „dziwka”, alkohol, dziwne białe
tabletki na języku wokalistki i jednej z tancerek, szampan pity prosto z
butelki, falujące pośladki w koronkowej bieliźnie i ogólny brak gustu oraz
jakichkolwiek zahamowań, to są cechy charakterystyczne tego klipu. (możecie go zobaczyć
klikając na tytuł piosenki, tak całą resztę teledysków związanych z dzisiejszą
bohaterką) Miesiąc później Brooke Candy wystąpiła gościnnie, nie tylko jako
bohaterka muzycznego klipu w piosence Charli XCX pod tytułem „Cloud Aura” lub „Cloud”.
Z czasem liczba utworów Brooke Candy zaczęła się powiększać, a ich przykładowe
tytuły to „I Wanna Fuck Right Now”, „Pussy Makes The Rules”, czy „Everybody Does” do którego teledysk powstawał przy współpracy z magazynem DAZED.
Jednak zdecydowanie większy
szok może wywołać teledysk do pierwszego w pełni oficjalnego singla powstałego pod
marką wytwórni RCA Records pod tytułem „Opulence”. Teledysk powstał dzięki
znanemu nowojorskiemu fotografowi, Steven’owi Klein’owi, który współpracował
dotychczas między innymi z Madonną, czy Lady Gagą właśnie. Piosenka była też
zapowiedzią epki Candy pod tym samym tytułem. Album został wydany 6 maja 2014
roku i zawierał kolejne cztery utwory, „Pop Rock”, „Bed Squeak”, „Free Yourself (Alcohol)", do którego powstał mini teledysk we współpracy z magazynem ‘W’ oraz
„Godzillionaire”.
i-d.vice.com/pl/
Obecnie Candy pracuje wraz
Sią (tak, z tą Sią) nad swoim pierwszym albumem, który zwiastuje już ponad
cztery utwory, które również doczekały się swoich zobrazowań, a są to kolejno
„Happy Days”, „Changes” (przy współpracy z MAC Cosmetics), „Nasty” oraz „Paper Or Plastic”.
Jak widać, Brooke Candy
to chyba jedyna tak wulgarna i obsceniczna piosenkarka/raperka XXI wieku i z
całą pewnością jeszcze nie jednym wcieleniem nas zaskoczy, od tego iście
anielskiego, po ten prosto z burdelu rodem.
Szósty marzec 2014 roku.
Tego dnia, znana mniej lub bardziej ze swoich muzycznych hitów jak „I Kissed a
Girl” czy „Dark Horse”, amerykańska wokalistka Katy Perry, obwieściła na swoim
Twitterze, że, tu cytat, ma obsesję na punkcie piosenki „Catch”. Autorką owego
utworu była nieznana wtedy nikomu Allie X, której poświęcony jest mój drugi artykuł
o nieznanych muzykach ostatnich kilku lat.
Jak już wspomniałem,
wszystko zaczęło się od piosenki „Catch”, która nie tylko zaskakiwała swoją intrygującą
komputerową melodią oraz tekstem o tematyce, mówiąc w dużym skrócie,
medycznej, ale również bardzo minimalistycznym teledyskiem stworzonym na
podobieństwo internetowych GIF’ów. Unikalność utworu Allie X zauważyli między
innymi redaktorzy magazynu „TIME” czy portalu muzycznego „Idolator” pisząc o
nim „najlepsza debiutancka piosenka”.
Kilka dni po wiadomości
Pani Perry na temat Allie X do sieci trafił jej kolejny utwór oraz teledysk do
piosenki pod tytułem „Prime”. Tak jak za pierwszym razem utwór zaskakiwał swoją
unikalnością oraz odmiennością od ówcześnie panujących trendów w muzyce
popularnej.
Jednak co mogło jeszcze bardziej
intrygować w młodej wokalistce to brak jakichkolwiek danych na jej temat. Na jej
żadnym profilu społecznościowym nie można było przeczytać o tym kim jest, skąd
pochodzi, ani ile ma lat i czy w ogóle istnieje. Dopiero w październiku
2014, czyli blisko po pół roku od jej debiutanckiego singla, magazyn Billboard
postanowił dowiedzieć kim tak naprawdę jest Allie X przeprowadzając z nią
wywiad.
Allie X, czyli Alexandra
Hughes ma 31 lat, urodziła się w Kanadzie, gdzie również zaczynała swoją
muzyczną karierę występując na alternatywnej scenie Toronto wraz z najróżniejszymi
zespołami w których była oczywiście wokalistką. Jednak dopiero wyjazd do Los
Angeles, pozwolił jej w pełni realizować się jako autorka tekstów oraz
muzyki, współpracując między innymi z gwiazdą młodego pokolenia Troyem
Sivanem.
Z czasem szum wokół
młodej wokalistki ucichł, przez brak nowych piosenek oraz nikłą
działalnością na Facebook’u, lecz wraz z dniem 14 kwietnia 2015 światło dzienne ujrzała
jej debiutancka płyta pod jakże intrygującym tytułem „CollXtion I”, która
zawierała 8 utworów, wśród których nie mogło zabraknąć wspomnianych już „Catch”
oraz „Prime”. Album spotkał się z aprobatą krytyków, którzy bez żadnych oporów
podarowali mu aż cztery na pięć możliwych gwiazdek. Pomimo, że wokalistka nie
mogła pochwalić się wtedy zbyt dużą grupą fanów, i oni nie pozostali obojętni
wobec jej twórczości, i również ciepło przyjęli pierwsze dziecko Allie X.
Obecnie artystka pracuje
nad swoją drugą płytą, co wiąże się z pewną mini akcją. Otóż wokalistka w swojej
30 sekundowej wiadomości zamieszczonej na „Spotify”, prosi o to, abyśmy
pomogli jej „skończyć” ów album. Na „CollXtion II” najprawdopodobniej znajdzie
się 10 utworów, z czego 8 można już odsłuchać na wspomnianej platformie, a wśród
nich znajdują się takie piosenki jak: „Old Habits Die Hard”, „Too Much Too
Dream”, „That’s So Us”, „Purge”, „Cassanova” oraz „All The Rage”, do którego
powstał rewelacyjny teledysk (możesz go zobaczyć klikając w tytuł piosenki) z gościnnym udziałem niejakiej Violet Chacki,
amerykańskiej gwieździe sceny drag queen oraz zwyciężczyni siódmej edycji
programu „RuPaul’s Drag Race”, gdzie również Allie X miała przyjemność
występować jako wokalistka użyczająca głosu wspomnianym drag queen. (Jeśli
jesteście ciekawi co to znaczy, już teraz zapraszam was do oczekiwania na
kolejny artykuł w którym przedstawię wam muzyczną karierę jednej z
najbardziej rozpoznawalnych gwiazd też programu.)
I w ten oto sposób
przedstawiłem wam kolejną niezwykłą wokalistkę, który z całą pewnością
zasługuje na większą atencję, zarówno ze strony środowiska muzycznego jak
i fanowskiego. Allie X to przyszłość muzyki pop, która czyni z siebie
niezwykły artystyczny performence, a to wszystko za sprawą niewinnego „X”.
Oczywiście poza polubieniem naszego fapage'a na Facebook'u, którego link znajdziecie TUTAJ, już teraz zapraszam was do mojego następnego artykułu, gdzie spróbuję zabrać was w świat ekstrawaganckiej raperki zajmującej się w przeszłości tańcem egzotycznym. Do zobaczenia!
Czesław M. – brzmi prawie jak z ogłoszenia
kryminalnego, czyż nie? Nic bardziej mylnego. Jest to „kryptonim artystyczny”
Czesława Mozila - muzyka, a teraz także aktora. W kinach można właśnie zobaczyć „Szkołę
uwodzenia Czesława M.”.
Pamiętając rozległe podboje miłosne
Czesława, o których opowiadał m.in. u Kuby Wojewódzkiego, widz udający się do
kina może oczekiwać realnej złotej recepty na zdobycie partnera na stałe bądź
trochę krócej. Zamiast tego zobaczy jednak trochę kiczowate, wręcz wzbudzające
litość usiłowanie założenia intratnego biznesu w postaci szkoły uwodzenia. W
XXI wieku przy dobrym PR, na wszystkim, nawet uczuciach da się zrobić biznes –
taki właśnie przekaz miał przepełniony ironią film reżyserii Aleksandra
Dembskiego. Metody, do jakich uciekają
się Czesław i jego towarzysze Adam i Zygmunt (Jakub Kamieński, Sławomir Pacek)
u obserwatora mogą wzbudzić trwogę,
śmiech i zażenowanie, a zarazem dozę humoru. Ironia, sarkazm z samego
siebie– tego w filmie jest pod dostatkiem. Wychowany w Danii Czesław od
przeciętnego Polaka ma zdecydowanie więcej dystansu. Niejeden artysta nie
zgodziłby się na przedstawienie swojej postaci jako „zagubionego alkoholika
mieszkającego w slumsach”, o którym nawet najbliżsi znajomi nie mówią
najlepiej. Widz ma prawo mieć wrażenie autentyczności faktów, co jednak jest
złudne. To, co jest prawdziwe to przedstawienie świata showbiznesu – tam, gdzie
nawet najszczerszy przyjaciel jest w stanie Cię oszukać, a miłość Twojego życia
po tygodniu od udzielenia „szczerego” wywiadu o Waszej relacji zamieni Cię na kogoś,
kto akurat jest na fali.
Czy film warto zobaczyć? Jeśli jest się
sympatykiem osoby Czesława Mozila to z pewnością tak. Jeśli oczekujecie
paradokumentu to również powinniście wybrać się do kin. Jeżeli jednak
oczekujecie dobrej komedii, przy której będziecie „zrywać boki” to wybierzcie
coś innego, chyba, że Wasz humor jest na tyle specyficzny, aby np. śmiać się ze
stoczniowego żurawia albo miejskiego autobusu. Przyznam szczerze, że po
obsadzie i samym zaangażowaniu Czesia spodziewałam się znacznie więcej. „Szkoła
uwodzenia Czesława M” mnie nie uwiodła.
Byli idole. Były faktory. Były też i głosy.
Programy dla młodych piosenkarzy i piosenkarek z pierwotnego założenia, a
przynajmniej tak mi się wydaje, miały dawać możliwość pojawienia się w nich osób,
które mają ogromny muzyczny talent oraz pomysł na to jaką muzykę chciałyby
tworzyć jako wielkie gwiazdy estrady oraz Instagrama. Dodatkowo, nie mają
też zbyt dużych szans na wejście na ten bardzo wymagający rynek. Niestety, ale
jak to zwykle bywa ktoś musiał coś popsuć. Zamiast gwiazd na dekady, znanych z
ich osobowości, zarówno muzycznej, jak i scenicznej, zrodziły się gwiazdy
sprzedaży pojedynczych utworów, których miłość do muzyki została wymieniona na
zielone papierki. W panteonie „najbardziej zasłużonych gwiazd talent-show”
obok Kelly Clarkson, Adama Lamberta oraz One Direction powinna się również
znaleźć zaledwie dwudziestojednoletnia uczestniczka trzeciej edycji
amerykańskiej edycji „The Voice” oraz najbardziej wyróżniająca się debiutantka
ostatnich kilku lat, Melanie Martinez.
W
tych czasach, wszystko zaczyna się od castingu. Tak samo było i w tym
przypadku. Jeśli ktoś nie wie, w programie „The Voice” pierwszym zadaniem uczestnika jest skuszenie co najmniej jednego z jurorów, lub bardziej profesjonalnie trenerów, aby nacisnął
guzik i odwrócił swój czerwony trenerski tron. Melanie swoim wykonaniem piosenki
„Toxic” Britney Spears, grając na gitarze oraz na tamburynie trzymanym między swoimi stopami, zaintrygowała trzech z nich, notabene samych mężczyzn. (Pewnie Christina
Aguilera już w tym momencie wiedziała, że niedługo ta młoda dama jeszcze
bardziej dobije jej już wtedy dogorywającą karierę.) Potem bitwa, nokaut
i programy na żywo. Martinez zdołała dotrwać do najlepszej szóstki, co można
uznać za swoisty sukces. I zwykle w tym momencie, czyli w chwili gdy gasną
telewizyjne kamery oraz odbiorniki w amerykańskich domach, gaśnie też światło gwiazdki
telewizyjnego show. Niezliczone są „kadłubki” karier młodych wokalistów,
zarówno tych polskich jak i zagranicznych, którzy nie wiedzieli co dalej zrobić
ze swoją przyszłością, nie potrafiąc wykorzystać doświadczenia zdobytego w
trakcie programu lub po prostu trafiając na nieodpowiednich ludzi, którzy
przeszkodzili im w sięgnięciu szczytu. Jednak w przypadku Melanie Martinez tak
się na nasze szczęście nie stało.
Wraz
z zakończeniem trzeciej edycji „The Voice” Melanie zaczęła pracować nad swoim
materiałem i po nieco ponad roku zaprezentowała światu swoją pierwszą piosenkę oraz
teledysk do niej pod tytułem„Dollhouse”. Na początku utwór nie wzbudził zbyt wielkiego
zainteresowania, choć pod koniec roku 2014 mógł się już poszczyć ponad 10
milionami wyświetleń. Konsekwencją debiutanckiej piosenki, była EP’ka
wokalistki pod tym samym tytułem co singiel, która zawierała jeszcze trzy utwory.
Drugim
singlem Melanie stał się utwór „Carousel”, który również nie został hitem listy
Billboard’u. Jednakże twórcy, dla mnie jednego z najważniejszych seriali XXI
wieku, „American Horror Story” postanowili wykorzystać piosenkę Martinez,
aby posłużyła im jako utwór towarzyszący niektórym trailerom zapowiadającym
czwarty sezon serialu, który tym razem nosił nazwę „Freak Show”. To właśnie
ten moment w jej karierze można uznać za przełomowy dla przyszłości młodej
wokalistki, nie tylko przedstawiając się bardziej wyrafinowanej publiczności,
niż prości Amerykanie szukający prostej rozrywki oglądając telewizję kablową, ale też
jako autorka dobrego utworu, który może zwiastować równie dobry krążek.
Przez
kolejne miesiące próżno było oczekiwać jakichkolwiek nowych wieści na temat
Melanie Martinez, dopóki wokalistka nie opublikowała zupełnie nowego teledysku
do piosenki „Pity Party”, który luźno nawiązuje do utworu Lesley Gore „It’s My
Party”, zapożyczając dwie linijki oryginału, które w obu piosenkach posłużyły
jako ich refren. Trzy tygodnie później świat oficjalnie poznał tytuł,
tracklistę oraz datę wydania pierwszego długogrającego albumu Melanie Martinez, który został nazwany „Cry Baby”. Zanim jednak płyta trafiła do dystrybucji, wydane zostały jeszcze dwa single „Soap” oraz „Sippy Cup”, które oczywiście zostały opatrzone kolorowymi
i fantazyjnymi teledyskami.
Wraz
z dniem 14 sierpnia 2015 roku debiutancki album Martinez ujrzał światło
dzienne. Płyta w wersji podstawowej zawierała 13 utworów, zaś rozszerzona,
dodatkowe trzy. Muszę przyznać, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do „Dollhouse”
bałem się o przyszłość Melanie Martinez. Piosenka była dla mnie dość przecięta,
a fantazyjnie dwukolorowe włosy, bardzo wyrazisty makijaż oraz bardzo specyficzna stylistka
mogły przytłoczyć to co najważniejsze, czyli muzykę. Jednak po pierwszym
przesłuchaniu wiedziałem, że nie muszę się już bać. Album został przedstawiony jako
podróż tytułowego Cry Baby, fantazji Melanie Martinez na temat swojego
dzieciństwa, dziecka, które doświadcza „dorosłych” rzeczy, co kwalifikuje go
jako tak zwany album koncepcyjny, czyli taki, który nie jest zbiorem luźno
związanych ze sobą piosenek, a spójną całością, tworząc dzieło zupełne. Jeśli
miałbym opisać ten krążek w kilku słowach, to zrobiłbym to następująco. Dojrzała, choć
z dziecięcą świeżością. Kolorowa, choć czasem mroczna. Wyrazista, choć bardzo
uniwersalna i prosta, wbrew pozorom. Jasnym jest, że to nie jest muzyka dla
każdego, tak jak typowe gwiazdki pop One Direction, ale gdyby odjąć wszystko to co na około, czyli
styl, teledyski i dziecięcą otoczkę, mamy do czynienia ze świetnie
wyprodukowanymi utworami z
dobrym bitem oraz świetnie napisanymi tekstami, które w żadnym wypadku nie
przytłaczają słuchacza swoją zamierzoną cukierkowością i infantylnością , a to wszystko dzięki duetowi "Kinetics & One Love", który w dużej mierze stworzył ów krążek. Rok temu był to dla
mnie album na który czekałem od zawsze, który nie tylko zaintryguje mnie swoimi
unikatowymi dźwiękami, ale także unikalną oprawą wizualną od której nie będę chciał
odwrócić swojego wzroku. Co warte dodania, Melanie planuje stworzyć do każdej z piosenek teledysk, które w połączone w całość mają stworzyć audiowizualną opowieść o Cry Baby.
I
w właśnie momencie, chciałbym powiedzieć coś o liczbach dotyczących Melanie
Martinez. Zdaje sobie sprawę, że prawdziwego artysty nie określają wyniki sprzedaży
czy oglądalności, ale w tym przypadku jednak są one istotne. Zacznijmy od
Facebook’a wokalistki. Wraz z dniem 20 października, śledzi ją blisko półtora
miliona fanów, co można uznać za całkiem dobry wynik. Kanał YouTube Martinez
może poszczycić się ponad trzema milionami subskrybentów, jednak co może bardziej
zaskakiwać to oglądalność pojedynczych teledysków do piosenek Melanie. Najwyżej
na tej liście znajduje się „Dollhouse” z wyświetleniami sięgającymi ponad 81
milionów, przy średniej oglądalności ponad trzech minut, przy prawie cztery i
pół minutowym wideo. Kolejno, „Pity Party” – 65 milionów, „Carousel” – 47 milionów,
„Alphabet Boy” – 37 milionów, „Cry Baby” – 35 milionów, „Soap” oraz „Sippy Cup”
– każdy po 34 miliony wyświetleń. By jeszcze tego było mało, profil na
platformie Spotify śledzi również nieco ponad milion fanów, lecz to wyniki
słuchalności pojedynczych piosenek robią wrażenie. „Pity Party” obecnie
wysłuchało ponad 93 milionów użytkowników platformy, „Dollhouse” – 58 milionów,
„Soap” i „Carousel” – po 41 milinów, a pozostałe sześć piosenek z listy
jej 10 aktualnie najpopularniejszych utworów, przesłuchano przynajmniej 20
milionów słuchaczy. Takie osiągnięcie plasuje Melanie Martinez wśród
największych gwiazd nowego pokolenia tuż obok Troye Sivan’a, Halsey czy
Zayn’a. Jednak w tej sytuacji, rodzi się dość banalne pytanie, jak to możliwe, że tak
fantastyczna artystka, nawet pomimo takich wyników oglądalności w Internecie
jak i ponad 500 tysięcy sprzedanych albumów, nie jest szerzej rozpoznawalną gwiazdą, a przynajmniej nie bije na głowę popularnością
wyżej wymienionej trójki wokalistów? Niestety, próżno szukać odpowiedzi na to
pytanie…
Dzisiaj
Melanie Martinez ma za sobą świetny rok. Fantastyczny album, nie tylko pod względem
sprzedaży, ale również i artystycznym, światowa trasa koncertowa oraz rzesza wiernych i kolorowych fanów. Jedynie czego mogę jej życzyć, również jako swoisty fan, to masa muzycznych
nagród oraz niegasnącego źródła jej niezwykłej muzycznej fantazji.