Byli idole. Były faktory. Były też i głosy.
Programy dla młodych piosenkarzy i piosenkarek z pierwotnego założenia, a
przynajmniej tak mi się wydaje, miały dawać możliwość pojawienia się w nich osób,
które mają ogromny muzyczny talent oraz pomysł na to jaką muzykę chciałyby
tworzyć jako wielkie gwiazdy estrady oraz Instagrama. Dodatkowo, nie mają
też zbyt dużych szans na wejście na ten bardzo wymagający rynek. Niestety, ale
jak to zwykle bywa ktoś musiał coś popsuć. Zamiast gwiazd na dekady, znanych z
ich osobowości, zarówno muzycznej, jak i scenicznej, zrodziły się gwiazdy
sprzedaży pojedynczych utworów, których miłość do muzyki została wymieniona na
zielone papierki. W panteonie „najbardziej zasłużonych gwiazd talent-show”
obok Kelly Clarkson, Adama Lamberta oraz One Direction powinna się również
znaleźć zaledwie dwudziestojednoletnia uczestniczka trzeciej edycji
amerykańskiej edycji „The Voice” oraz najbardziej wyróżniająca się debiutantka
ostatnich kilku lat, Melanie Martinez.
W
tych czasach, wszystko zaczyna się od castingu. Tak samo było i w tym
przypadku. Jeśli ktoś nie wie, w programie „The Voice” pierwszym zadaniem uczestnika jest skuszenie co najmniej jednego z jurorów, lub bardziej profesjonalnie trenerów, aby nacisnął
guzik i odwrócił swój czerwony trenerski tron. Melanie swoim wykonaniem piosenki
„Toxic” Britney Spears, grając na gitarze oraz na tamburynie trzymanym między swoimi stopami, zaintrygowała trzech z nich, notabene samych mężczyzn. (Pewnie Christina
Aguilera już w tym momencie wiedziała, że niedługo ta młoda dama jeszcze
bardziej dobije jej już wtedy dogorywającą karierę.) Potem bitwa, nokaut
i programy na żywo. Martinez zdołała dotrwać do najlepszej szóstki, co można
uznać za swoisty sukces. I zwykle w tym momencie, czyli w chwili gdy gasną
telewizyjne kamery oraz odbiorniki w amerykańskich domach, gaśnie też światło gwiazdki
telewizyjnego show. Niezliczone są „kadłubki” karier młodych wokalistów,
zarówno tych polskich jak i zagranicznych, którzy nie wiedzieli co dalej zrobić
ze swoją przyszłością, nie potrafiąc wykorzystać doświadczenia zdobytego w
trakcie programu lub po prostu trafiając na nieodpowiednich ludzi, którzy
przeszkodzili im w sięgnięciu szczytu. Jednak w przypadku Melanie Martinez tak
się na nasze szczęście nie stało.
Wraz
z zakończeniem trzeciej edycji „The Voice” Melanie zaczęła pracować nad swoim
materiałem i po nieco ponad roku zaprezentowała światu swoją pierwszą piosenkę oraz
teledysk do niej pod tytułem „Dollhouse”. Na początku utwór nie wzbudził zbyt wielkiego
zainteresowania, choć pod koniec roku 2014 mógł się już poszczyć ponad 10
milionami wyświetleń. Konsekwencją debiutanckiej piosenki, była EP’ka
wokalistki pod tym samym tytułem co singiel, która zawierała jeszcze trzy utwory.
Drugim
singlem Melanie stał się utwór „Carousel”, który również nie został hitem listy
Billboard’u. Jednakże twórcy, dla mnie jednego z najważniejszych seriali XXI
wieku, „American Horror Story” postanowili wykorzystać piosenkę Martinez,
aby posłużyła im jako utwór towarzyszący niektórym trailerom zapowiadającym
czwarty sezon serialu, który tym razem nosił nazwę „Freak Show”. To właśnie
ten moment w jej karierze można uznać za przełomowy dla przyszłości młodej
wokalistki, nie tylko przedstawiając się bardziej wyrafinowanej publiczności,
niż prości Amerykanie szukający prostej rozrywki oglądając telewizję kablową, ale też
jako autorka dobrego utworu, który może zwiastować równie dobry krążek.
Przez
kolejne miesiące próżno było oczekiwać jakichkolwiek nowych wieści na temat
Melanie Martinez, dopóki wokalistka nie opublikowała zupełnie nowego teledysku
do piosenki „Pity Party”, który luźno nawiązuje do utworu Lesley Gore „It’s My
Party”, zapożyczając dwie linijki oryginału, które w obu piosenkach posłużyły
jako ich refren. Trzy tygodnie później świat oficjalnie poznał tytuł,
tracklistę oraz datę wydania pierwszego długogrającego albumu Melanie Martinez, który został nazwany „Cry Baby”. Zanim jednak płyta trafiła do dystrybucji, wydane zostały jeszcze dwa single „Soap” oraz „Sippy Cup”, które oczywiście zostały opatrzone kolorowymi
i fantazyjnymi teledyskami.
Wraz
z dniem 14 sierpnia 2015 roku debiutancki album Martinez ujrzał światło
dzienne. Płyta w wersji podstawowej zawierała 13 utworów, zaś rozszerzona,
dodatkowe trzy. Muszę przyznać, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do „Dollhouse”
bałem się o przyszłość Melanie Martinez. Piosenka była dla mnie dość przecięta,
a fantazyjnie dwukolorowe włosy, bardzo wyrazisty makijaż oraz bardzo specyficzna stylistka
mogły przytłoczyć to co najważniejsze, czyli muzykę. Jednak po pierwszym
przesłuchaniu wiedziałem, że nie muszę się już bać. Album został przedstawiony jako
podróż tytułowego Cry Baby, fantazji Melanie Martinez na temat swojego
dzieciństwa, dziecka, które doświadcza „dorosłych” rzeczy, co kwalifikuje go
jako tak zwany album koncepcyjny, czyli taki, który nie jest zbiorem luźno
związanych ze sobą piosenek, a spójną całością, tworząc dzieło zupełne. Jeśli
miałbym opisać ten krążek w kilku słowach, to zrobiłbym to następująco. Dojrzała, choć
z dziecięcą świeżością. Kolorowa, choć czasem mroczna. Wyrazista, choć bardzo
uniwersalna i prosta, wbrew pozorom. Jasnym jest, że to nie jest muzyka dla
każdego, tak jak typowe gwiazdki pop One Direction, ale gdyby odjąć wszystko to co na około, czyli
styl, teledyski i dziecięcą otoczkę, mamy do czynienia ze świetnie
wyprodukowanymi utworami z
dobrym bitem oraz świetnie napisanymi tekstami, które w żadnym wypadku nie
przytłaczają słuchacza swoją zamierzoną cukierkowością i infantylnością , a to wszystko dzięki duetowi "Kinetics & One Love", który w dużej mierze stworzył ów krążek. Rok temu był to dla
mnie album na który czekałem od zawsze, który nie tylko zaintryguje mnie swoimi
unikatowymi dźwiękami, ale także unikalną oprawą wizualną od której nie będę chciał
odwrócić swojego wzroku. Co warte dodania, Melanie planuje stworzyć do każdej z piosenek teledysk, które w połączone w całość mają stworzyć audiowizualną opowieść o Cry Baby.
I
w właśnie momencie, chciałbym powiedzieć coś o liczbach dotyczących Melanie
Martinez. Zdaje sobie sprawę, że prawdziwego artysty nie określają wyniki sprzedaży
czy oglądalności, ale w tym przypadku jednak są one istotne. Zacznijmy od
Facebook’a wokalistki. Wraz z dniem 20 października, śledzi ją blisko półtora
miliona fanów, co można uznać za całkiem dobry wynik. Kanał YouTube Martinez
może poszczycić się ponad trzema milionami subskrybentów, jednak co może bardziej
zaskakiwać to oglądalność pojedynczych teledysków do piosenek Melanie. Najwyżej
na tej liście znajduje się „Dollhouse” z wyświetleniami sięgającymi ponad 81
milionów, przy średniej oglądalności ponad trzech minut, przy prawie cztery i
pół minutowym wideo. Kolejno, „Pity Party” – 65 milionów, „Carousel” – 47 milionów,
„Alphabet Boy” – 37 milionów, „Cry Baby” – 35 milionów, „Soap” oraz „Sippy Cup”
– każdy po 34 miliony wyświetleń. By jeszcze tego było mało, profil na
platformie Spotify śledzi również nieco ponad milion fanów, lecz to wyniki
słuchalności pojedynczych piosenek robią wrażenie. „Pity Party” obecnie
wysłuchało ponad 93 milionów użytkowników platformy, „Dollhouse” – 58 milionów,
„Soap” i „Carousel” – po 41 milinów, a pozostałe sześć piosenek z listy
jej 10 aktualnie najpopularniejszych utworów, przesłuchano przynajmniej 20
milionów słuchaczy. Takie osiągnięcie plasuje Melanie Martinez wśród
największych gwiazd nowego pokolenia tuż obok Troye Sivan’a, Halsey czy
Zayn’a. Jednak w tej sytuacji, rodzi się dość banalne pytanie, jak to możliwe, że tak
fantastyczna artystka, nawet pomimo takich wyników oglądalności w Internecie
jak i ponad 500 tysięcy sprzedanych albumów, nie jest szerzej rozpoznawalną gwiazdą, a przynajmniej nie bije na głowę popularnością
wyżej wymienionej trójki wokalistów? Niestety, próżno szukać odpowiedzi na to
pytanie…
Dzisiaj
Melanie Martinez ma za sobą świetny rok. Fantastyczny album, nie tylko pod względem
sprzedaży, ale również i artystycznym, światowa trasa koncertowa oraz rzesza wiernych i kolorowych fanów. Jedynie czego mogę jej życzyć, również jako swoisty fan, to masa muzycznych
nagród oraz niegasnącego źródła jej niezwykłej muzycznej fantazji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz